Co się stało z amerykańską duszą?
Rok wyborów prezydenckich niesie obawy i lęki większe niż kiedykolwiek

Odpowiedź na tytułowe pytanie jest trudniejsza, niż się wydaje, bo trzeba zacząć od ustalenia, czym amerykańska dusza jest. I nie można bazować na uproszczeniach, że tworem prostym i uporządkowanym, bo przecież – jak chcieli ojcowie założyciele – nieugiętą strażniczką wolności i równości. Nic bardziej mylnego.
Społeczna historia Stanów Zjednoczonych to ciąg nieustannych i gwałtownych zmian, zaś wyróżnikami tworu nazywanego amerykańskim społeczeństwem od zawsze były płynność oraz niespójność. Nie na darmo mówi się, że USA są tyglem, w którym wrze nieustannie. I te zmagania o to, czyje znajdzie się na wierzchu, są tyleż istotną częścią dźwigni amerykańskiego postępu, co i powodem bólu amerykańskiej duszy.
Radykalny indywidualizm
Świetnie wyjaśnił to Alexis de Tocque- ville, francuski filozof i socjolog, który w drugiej dekadzie XIX w. podróżował po młodym państwie, a następnie zebrał swoje refleksje w monumentalne dzieło „Demokracja w Ameryce”. Tocqueville już wówczas uznał, że jedynym spoiwem łączącym Amerykanów jest obsesja na punkcie własnego rozwoju oraz sukcesu. I przestrzegał, że takie nastawienie może być brzemienne w skutki dla społecznej tkanki Ameryki. Bo, tłumaczył Francuz, na początku indywidualizm tylko delikatnie podkopuje cnoty publicznego życia, lecz z biegiem czasu atakuje i niszczy wszystko na swojej drodze, by utopić wszystko w samolubstwie.


