Jak wraca ancien régime
Niektórzy się cieszą, bo oto umiera neoliberalizm i zwija się globalizacja. Tylko czy naprawdę wizja powrotu do gospodarczego ancien régime’u jest tak kusząca?

Prawo gospodarcze Europy z XVII–XIX w. pełne jest zabawnych – przynajmniej dla mnie – elementów. Weźmy np. wyspiarską ustawę o pochówku w wełnianych tkaninach. O ile nie zmarłeś w wyniku zarazy, rodzina musiała pochować cię w czystym całunie wyprodukowanym w Anglii. Importowane nie wchodziły w grę. Albo dekret Fryderyka Wielkiego, który nałożył wysoki podatek od kawy. Celem były zatrzymanie importu i promocja rodzimych alternatyw, czyli głównie… piwa. To sprawiło jednak, że przemyt kawy stał się wyjątkowo opłacalny i by go zwalczać, zatrudniono 400 inwalidów wojennych, by wywąchiwali dom po domu, czy ktoś aby nie parzy tego napoju.
Te prawa były ekspresją protekcjonizmu. To, co nasze i wyprodukowane na miejscu, jest dobre i nam służy. To, co obce, drenuje nas z bogactwa. Ta filozofia przez stulecia krępowała rozwój tego, co potem doprowadziło nas do bezprecedensowego dobrobytu. Handlu międzynarodowego.
Niestety, protekcjonizm i stojący za nim sposób myślenia wracają w nowych odmianach. Spróbujmy więc sobie wyobrazić, jak wyglądałby świat, gdybyśmy doświadczyli tego comebacku w pełnej krasie.
Stany awangardą regresu
Tegoroczny szczyt ekonomiczny w Davos ujawnił głębokie załamanie porządku opartego na wzajemnych, spontanicznych i pokojowych relacjach gospodarczych. Jasno wyartykułował to w swoim przemówieniu premier Kanady Mark Carney, gdy – nawiązując do Tukidydesa – zauważał: „Wydaje się, że każdy dzień przypomina nam, że żyjemy w epoce wielkiej rywalizacji mocarstw, że porządek oparty na zasadach zanika, że silni mogą robić to, co chcą, a słabi muszą znosić to, co muszą”.

