A latem niosła się FAMA
Kiedy do Świnoujścia przyjeżdżali młodzi artyści, całe miasto żyło, jakby był karnawał. Szalony, ale ambitny. Paradoksalnie festiwal zabiły… pieniądze od reklamodawców

Początek roku to czas… planowania wakacyjnego wypoczynku. Organizatorzy letnich festiwali już głośno informują o artystycznych atrakcjach 2026 r., które czekają na fanów Open’era, OFF-a czy Jarocina i zachęcają widzów do kilkudniowego przyjazdu. Na wielu podobnych do siebie imprezach zagrają gwiazdy spotykane co roku – tyle że za każdym razem w innym mieście. Będą koncerty, gdzie indziej wystąpią kabarety, a jeszcze gdzieś odbędzie się festiwal filmowy.
W bogatej ofercie kulturalnej coraz trudniej dostrzec cokolwiek wyjątkowego. Stąd żywa tęsknota za FAMĄ – Festiwalem Artystycznym Młodzieży Akademickiej, który od połowy lat 60. stanowił wyjątek na festiwalowej mapie Polski. Jak pisze Jarosław Molenda w niedawno wydanej książce „FAMA. Artystyczna legenda PRL-u”, był „wyzwaniem rzuconym sztampowym, uporządkowanym imprezom masowym”. „Żywiołowa szajba”, „zaczyn kontrkultury”, „antyfestiwal” – mnoży określenia. A cytowani bohaterowie twierdzą, że był to dla nich „trzeci semestr nauki bycia artystą”.
Broda, gitara i kraciasta koszula
FAMA miała silnie wyeksponowany w nazwie rdzeń akademicki, jednak chodziło przede wszystkim o propozycję intelektualną. Nikt nikomu do indeksu nie zaglądał i ważności legitymacji studenckiej nie sprawdzał.
– Studiów nigdy nie skończyłem, przez kilka lat byłem studentem pierwszego roku, żeby nie dać się wcielić do Ludowego Wojska. Włóczyłem się zatem po festiwalach, jeździłem z miasta do miasta, a papiery z WKU ledwo za mną nadążały – opowiada ze śmiechem Piotr Bukartyk, artysta związany z estradą, piosenką poetycką i ze środowiskiem studenckim od początku lat 80. Wielokrotnie odwiedzał imprezy tego pokroju – Olsztyńskie Spotkania Zamkowe, Studencki Festiwal Piosenki w

