Wyboista droga Węgier do nowej przyszłości
Węgrzy zamknęli w końcu trwającą od 2010 r. do 2026 r. epokę zdominowaną przez autokratyczno-kleptokratyczny system rządów zaprowadzony przez Viktora Orbána. Ów długoletni wielkorządca praktycznie zlikwidował w kraju instytucje demokracji, niezależność władz oraz samorządność. Podporządkował sobie życie artystyczne, badania naukowe i edukację. Nie licząc mediów publicznych, będących na jego usługach, oddał w ręce swoich ludzi ok. 70 proc. prasy. Jednocześnie podporządkował sobie gospodarkę – rodzina, najbliższe otoczenie, pochlebcy oraz polityczni janczarzy błyskawicznie stawali się miliarderami dzięki zawłaszczaniu pieniędzy publicznych i przywłaszczaniu unijnych funduszy.
Brakowało desperacji
Na Węgrzech od 10 lat obowiązuje stan zagrożenia migracyjnego, a od czterech stan zagrożenia wojennego, co wiąże się z ograniczaniem praw obywatelskich. Powołując się na te nadzwyczajne okoliczności, Orbán od ponad pięciu lat rządził dekretami, z pominięciem parlamentu.
W ciągu półtorej dekady silny człowiek Węgier wszedł na drogę konfrontacji z Unią Europejską i ogłosił politykę otwarcia na Wschód, co odbierano jako przygotowania do opuszczenia Wspólnoty. Jego promotor – obecny prezydent USA – widział Węgry w sojuszu ze Stanami, Rosją i Chinami. Z błogosławieństwem Donalda Trumpa Orbán podporządkował tym państwom politykę zagraniczną, jednocześnie szkodząc UE tam, gdzie to tylko było możliwe. Bruksela nie pozostała dłużna. Za sprawiane problemy, korupcję i nepotyzm zamroziła należne Budapesztowi fundusze. Właśnie to – obok porażki polityki otwarcia na Wschód – pogrążyło kraj w kryzysie gospodarczym.
