I faktycznie płacą jak za zboże
Amerykanie, którzy od początku kadencji wysłuchiwali zapewnień Trumpa o zduszeniu inflacji, dziś znowu ze zdumieniem odkrywają, że za część podstawowych produktów muszą płacić jak za dobra luksusowe
Podczas ostatniej prezydenckiej kampanii wyborczej żaden temat nie wzbudzał takich emocji przy kuchennych stołach Amerykanów jak rekordowe ceny jajek. Donald Trump nieustannie przywoływał je jako symbol inflacji i szybujących kosztów życia, obarczając za to, jak zwykle, katastrofalną politykę ustępującego prezydenta Joego Bidena. Zapewniał, że po powrocie do Białego Domu tak szybko rozprawi się z drożyzną, że stanie się ona tylko ponurym wspomnieniem.
Obietnica ta dobrze współgrała ze społecznymi nastrojami: choć wskaźniki makroekonomiczne pokazywały, że gospodarka USA mocno odbija się po pandemii, wyborcy narzekali, że stać ich na coraz mniej, i martwili się, że jeden nieprzewidziany wydatek zachwieje ich domowym budżetem.
Gdy kilka miesięcy po objęciu przez Trumpa urzędu ceny jajek zaczęły spadać, Biały Dom przedstawił to jako efekt swojej zdecydowanej interwencji. W rzeczywistości przyczyny odwrócenia niekorzystnego trendu tkwiły w czynnikach, na które nowa administracja nie miała większego wpływu: wyhamowaniu epidemii ptasiej grypy, która zdziesiątkowała stada niosek, oraz osłabieniu popytu po Wielkanocy. Jednak fakty nigdy nie powstrzymały Trumpa przed odtrąbieniem sukcesu.
