Więcej pieniędzy, mniej niezależności
Reforma finansowania samorządów z 2024 r. podniosła ich dochody i zwiększyła samodzielność budżetową, ale w innych obszarach autonomia wspólnot lokalnych się kurczy.
Pod koniec rządów Prawa i Sprawiedliwości samorządy przechodziły trudne chwile. Wprowadzana na raty reforma podatkowa będąca elementem Polskiego Ładu wyraźnie obniżyła podatek dochodowy od osób fizycznych, głównego źródła wpływów do budżetów gmin i powiatów. Prawica nie tylko obcięła podstawową stawkę PIT do 12 proc., lecz także podwyższyła kwotę wolną od opodatkowania z 8 tys. do 30 tys. zł. Podatnikom dało to finansowy oddech, a administracji lokalnej zafundowało zadyszkę. Dla państwa wpływy z PIT są drugorzędne – w budżecie centralnym prym wiodą podatki pośrednie, z VAT na czele. Przed 2025 r. samorządy uzyskiwały z niego około połowy dochodów, więc mogły się poczuć potraktowane niesprawiedliwie. Rządząca większość bez konsultacji podjęła decyzję o obniżce, której skutki mieli ponieść włodarze gmin i powiatów.
Odwracanie centralizacji
Rząd Mateusza Morawieckiego zapewniał, że zasypie dziurę powstałą w kasach jednostek samorządu terytorialnego (JST). W tym celu ustanowił Rządowy Fundusz Inwestycji Lokalnych (RFIL). Żeby otrzymać pieniądze, trzeba było złożyć wniosek z opisem projektów inwestycyjnych. Władze lokalne nie mogły ich wykorzystać na inne cele, np. na podwyżki dla pracowników. Co więcej, fundusze z RFIL rozdzielano „po uważaniu” – większość trafiła do wspólnot, w których władzę sprawowali politycy bliscy Zjednoczonej Prawicy. Wykazała to dwójka profesorów: Paweł Swianiewicz i Jarosław Flis w raporcie Fundacji Batorego „Janosikowe kumotry – podwójne standardy rządowych dotacji”. Weźmy przykład gmin liczących 25–100 tys. mieszkańców: te, w których rządzili ludzie powiązani z PiS, otrzymały 600 zł na mieszkańca; te rządzone przez polityków tzw. bloku senackiego dostały 304 zł. Zasada ta działała we wszystkich JST, niezależnie od wielkości.
