Ośrodki ostatniej nadziei
W II RP chronicznie brakowało lekarzy i szpitali. Jedyne, czego nie brakowało, to ambicji, aby zapewnić obywatelom dostęp do opieki medycznej
Wojskowy ambulans używany przez lwowskie pogotowie. Wczesne lata 30. XX w.
Problemy ze służbą zdrowia w Polsce są tak stare, jak niepodległość: zaczęły się już w 1918 r. i nie skończyły aż do dziś. Acz w porównaniu ze środkami oraz kadrami, jakimi dysponowała II RP, i wyzwaniami, z którymi musiała się zmagać, te obecne wydają się błahe. Choć przecież takie nie są.
Chore kasy
„Celem obowiązkowego ubezpieczenia na wypadek choroby tworzy się Kasy Chorych, po jednej na każdy powiat. W każdem mieście, liczącem ponad 50 tys. ludności, może być utworzona za zezwoleniem Urzędu Ubezpieczeń oddzielna Kasa Chorych” – informowała ustawa O obowiązkowem ubezpieczeniu na wypadek choroby, przyjęta przez Sejm 19 maja 1920 r.
W tym czasie polskie wojska stacjonowały w Kijowie i wydawało się, że dopiero co odrodzona Rzeczpospolita szybko zacznie doganiać europejskie potęgi. Także na polu zapewniania obywatelom powszechnej opieki zdrowotnej. Wkrótce się przekonano, że bez posiadania odpowiednich zasobów nie da się zrealizować tak ambitnych celów. Po odwrocie spod Kijowa przed upadkiem ocaliło Polskę odniesione w ostatniej chwili zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej. W przypadku służby zdrowia zmagania z brakiem zasobów trwały całe międzywojenne dwudziestolecie.
Sieć ponad 200 kas chorych, do których wpływały składki płacone przez pracowników i pracodawców, zdołała wygospodarować etaty dla 1,6 tys. lekarzy na ok. 5,5 tys., których doliczono się w kraju. W państwie z ponad 30 mln mieszkańców deficyt osób z wykształceniem medycznym przedstawiał się dramatycznie. Podobnie rzecz się miała ze szpitalami. Funduszy starczało na utrzymanie ok. 70 państwowych ośrodków. Prawie dziewięć razy więcej placówek działało dzięki pieniądzom prywatnym oraz fundacyjnym. Ale pacjenci musieli płacić za ich usługi.
