Gruziński pat
Jesteśmy dwie minuty od dyktatury – rozpoczął swój rytuał przedstawiciel gruzińskiej opozycji, którego słuchałem podczas seminarium poświęconego polityce UE wobec tego kraju. Raptem kilka miesięcy temu mówił o pięciu minutach. Teraz przesunął wskazówkę na tarczy zegara, lecz nie zmienił argumentacji: gruzińską demokrację da się jeszcze uratować, lecz Wspólnota ma coraz mniej czasu; Europa musi docisnąć rządzące Gruzińskie Marzenie (GM) i wspierać opozycję – najlepiej finansowo, bo jak wiadomo, bez pieniędzy w polityce ani rusz.
Jego opowieść była przy tym przekonująca, momentami nawet analitycznie solidna. Nic w tym dziwnego, wszak K. jest erudytą oraz byłym dyplomatą. Wie też, że wśród przedstawicieli europejskich państw i instytucji, którzy go słuchają, sporo jest takich, którzy wciąż żyją swoimi gruzińskimi marzeniami. Sentymentem zrodzonym wskutek wieloletnich interakcji z partnerami z tego państwa, trzymaniem kciuków za jego prozachodnią ścieżkę czy już nieaktualnym wizerunkiem czempiona europeizacji na Kaukazie.
Mówiąc wprost: większość audytorium chciała słyszeć, że gruzińska demokracja jest do uratowania. Czy można winić K. za to, że dostarczał tym marzeniom paliwa?
„Nie obalimy za was rządu”
A jednak rzut oka po sali pozwalał dostrzec, że coś się zmieniło – widać było, że nie wszyscy uczestnicy seminarium z uśmiechem zrozumienia przyjmowali słowa K., że narastał w nich sprzeciw. Na przykład przedstawicielka MSZ jednego z europejskich państw stwierdziła, że Unia musi dalej wspierać gruzińską opozycję, bo to kwestia zasad, by za kilka minut orzec, że Unia straciła już wszelką wiarygodność w sprawach gruzińskich. W końcu zaapelowała o podjęcie „działań naprawczych”.
