Drzwi (do zawodu prawnika) szeroko zamknięte
Obrona pracy magisterskiej trwa kilkanaście minut. Na miano prawnika pracuje się latami, a sukcesu w zawodzie nie mierzy się ani w lajkach, ani w subach
W lipcu na straganach mamy nadpodaż młodej kapusty, a na LinkedInie wysyp młodych magistrów prawa. Celowo piszę „magistrów prawa”, a nie „prawników”, bo czy są tymi drugimi, to się okaże w praniu (podążając za myślą bodajże prof. Wyrzykowskiego). I wcale nie uzależniam nazwania ich prawnikami od tego, czy skończą aplikację, będą radcami, sędziami, adwokatami. Jak na mój gust mogą również programować aplikacje, pracować w urzędach, w działach prawnych korporacji. Grunt, żeby wykonywali obowiązki z kręgosłupami. Specjalnie piszę w liczbie mnogiej. Przyda się bowiem zadbać zarówno o ten, który boli, gdy za długo siedzimy przy komputerze, jak i ten, który powinien boleć, gdy robi się wiadomo kogo z logiki (prawniczej). Z bólem pierwszego trudno żyć, bez drugiego trudno spojrzeć w lustro. Przykład kilku polityków prawników pokazuje, że to raczej droga w jedną stronę niż podróż za jeden uśmiech, a mimo wszystko wciąż kusi.
Adept się szykuje
Jednak trzeba uznać, że moment obrony jest odświętny. Na tę chwilę zdejmuje się dresy. Tak, dresy, w których żacy potrafią przychodzić regularnie na uczelnię. Może to nie zdarza się wszędzie, ale zjawisko występuje w przyrodzie, co też powoduje kolizję z wyznawcami archetypu „Prawa Agaty” i tej drugiej, Magdy, co nie miała nazwiska, ale cholewki do niej smalił Paweł Małaszyński.
Niezależnie od uczelni – podczas obrony przychodzi czas na dobranie stylizacji. To dobrze, że doniosła chwila jest doceniana. Ba, czasami można odnieść wrażenie, że na przygotowanie ubrania magistrant przeznaczył więcej czasu niż na przygotowanie siebie. W myśl zasady, co nie dopowie, to dowygląda. Potem już tylko fotka na Instagrama potwierdzająca, że magister na pięć (co bywa równie często wysiłkiem egzaminowanego, jak i komisji egzaminującej). Hitem jest dobieranie stroju pod kolor okładki pracy, a ten – w przypadku pań – najlepiej, aby był różowy. Panowie zaś w środku prac zamieszczają kody QR z odnośnikami do nibyśmiesznych filmików. Najczęściej z podziękowaniami dla samych siebie. A potem? To już tylko w świat!
Utracona cześć
A ten nie jest łatwy, bo nie daje prostych rozwiązań. To, co kiedyś było jasne – kończysz aplikację, zaczynasz wykonywać jeden z zawodów prawniczych i zarabiasz sensowne pieniądze, zyskujesz prestiż i zaliczasz się do intelektualnej elity tego kraju – wcale już nie jest oczywiste. Zresztą część starszych mecenasów za tym tęskni, o tym wzdycha i daje temu wyraz, co potwierdzają relacje ze zgromadzenia krakowskiej izby adwokackiej. Wedle biorących w nim udział jeden z zasłużonych „zielonych” wobec innych zgromadzonych chlapnął coś o zaśmiecaniu środowiska prawniczego przez otworzenie dostępu do zawodu. Adwokat podobno dostał oklaski i dopiero po interwencji kogoś z NRA złożył nie-przeprosiny w stylu, że jeśli ktoś czuje się urażony, to on przeprasza.
Jan Brzechwa – sam zresztą adwokat – popełnił dawno temu wierszyk dla dzieci o Kwoce uczącej innych dobrych manier. Może adwokatura powinna sobie o nim przypomnieć. Jeśli ktoś się poczuł urażony, najmocniej mi z tego powodu wszystko jedno.
Popraktykujmy w mediach
Coraz więcej prawników znajduje swoją przestrzeń w mediach społecznościowych (choć chęć dopasowania się do algorytmów nie zawsze idzie w parze z zasadami wykonywania zawodu). Jedni tańczą i śpiewają, inni pokazują normalne, acz wyjątkowe życie prawników, jeszcze innym te nowe media służą do zbliżenia się do celebrytów albo zawiązania głośnej koalicji przeciwko nim. Pozew może cementować relacje pełnomocnik–klient, a nawet wznieść je do relacji „psiapsi”, z czym we wspomnianych mediach społecznościowych nikt się specjalnie nie kryje. Niektórzy mylą serdeczne relacje z serdelkami.
I to nas przywodzi do merytorycznej strony mediów społecznościowych, bo ta oczywiście też istnieje, choć najczęściej bywa w stanie spoczynku. Jeden z mecenasów zastanawia się retorycznie – niby z inspiracji swoich licznych fanów i fanek – czym różnią się adwokaci od radców. Jego zdaniem ci drudzy lepiej unikają przypału (tak, to cytat). Nie muszę chyba pisać, jakiego koloru żabot nosił. Niby śmiesznie, a jednak smutno.
Miłościwie nam panujące Ministerstwo Sprawiedliwości zaproponowało studentom po trzecim roku studiów możliwość pracy jako młodszy asystent sędziego. Z tym pomysłem powinno się stać dokładnie to, co radził Jan Paweł Adamczewski w serialu „1670”: „Zapiszmy go, aby nam nie uciekł, i myślmy dalej”
A skoro już o radcach mowa, ostatnio w jednej z grup dotyczących egzaminu zawodowego, gdzie posty można dodawać anonimowo, użytkownik o nazwie inspirowanej piosenkami z nadmorskich festiwali (i nie chodzi mi o Open’era) oferował swoją wejściówkę na ślubowanie dla osoby towarzyszącej za jedyne 1 tys. zł. Najwidoczniej żadna dziewczyna nie chciała iść z takim groszorobem na ślubowanie. Apeluję jednak o wyrozumiałość: jest możliwość, że to największa kwota, którą bohater może zarobić w najbliższym czasie. Wiadomo przecież, że rynek bywa bezwzględny. W szczególności dla ludzi, którzy mają w poszanowaniu innych.
Środowisko zresztą ma dziś więcej problemów. Ostatnio jeden z mecenasów postanowił publicznie „zdemaskować” internetowego twórcę, który – choć nie jest aplikantem i, według dostępnych informacji, nie wykonuje zawodu prawniczego – przedstawiał się jako mecenas. Korzystając z internetowych zasięgów, miał prowadzić coś, co część środowiska określa mianem pseudokancelarii, a realizację zleceń powierzać rzeczywistym prawnikom jako podwykonawcom.
Internetowy mecenas odpowiada, że słowo „mecenas” nie jest przecież prawnie chronione. Ten drugi ripostuje, że nie chodzi o sam wyraz, lecz o wprowadzanie odbiorców w błąd i standardy wykonywania działalności, które – jego zdaniem – miały pozostawiać wiele do życzenia. Kto ma rację? To ostatecznie powinien ocenić sąd. Problem w tym, że internet, jak zwykle, już wydał wyrok: najważniejsze, że zasięgi się zgadzają.
Linia orzecznicza z chatu
W sprawie pracy dla prawników. Miłościwie nam panujące Ministerstwo Sprawiedliwości zaproponowało studentom po trzecim roku studiów możliwość pracy jako młodszy asystent sędziego. Z tym pomysłem powinno się stać dokładnie to, co radził Jan Paweł Adamczewski w serialu „1670”: „Zapiszmy go, aby nam nie uciekł, i myślmy dalej”. A tymczasem wszystkie ręce na pokład! Nawet te studenckie. Wymiar sprawiedliwości was potrzebuje, młody, niewykształcony jeszcze narybku prawniczy! Główne pytanie, które słychać w kuluarach, brzmi: czy wobec tego linię orzeczniczą będzie kształtował ChatGPT? „Czas pokaże, czas pokaże”, jak orzekł narodowy poeta Zenek Martyniuk.
Zresztą to może nie byłoby takie złe? Nie tak dawno temu jedna z mecenasek pokazała w swoich mediach społecznościowych postanowienie NSA, w którym sędzia myli Radę Europy z Unią Europejską. Z litości nie napiszę, który. Wiemy jednak o nim to, że nie dość, iż nie doczytał podręczników, to w dodatku nie oglądał „Rancza”. Sam nie wiem, co gorsze.
Konkluzja może być jedna: bardzo szybko zakochujemy się w tytułach. Znacznie trudniej zaakceptować ciężar odpowiedzialności, który się z nimi wiąże. I tylko prawników szkoda, bo drzwi do dyplomu można otworzyć dyplomem, ale na autorytet trzeba zapracować. ©℗
Kamil Stępniak
prezes Centrum Prawa Konstytucyjnego i Monitorowania Praworządności, fot. Materiały prasowe
