Ile pracy nam zostało
Prawdziwym zagrożeniem nie są obecne możliwości algorytmów, lecz to, że dużą część naszej podmiotowości oddaliśmy maszynom na długo przed powstaniem pierwszych modeli językowych

Pytanie, czy sztuczna inteligencja zabierze nam pracę, jest źle postawione. Fałszywie zakłada bowiem, że praca to proces wykonywany całościowo przez człowieka, aż tu nagle pojawia się technologia, która zaczyna go przejmować. Tymczasem znaczna część pracy, w tym umysłowej, została nam odebrana dużo wcześniej. Zanim modele językowe weszły do biur, przez dekady rozbijano pracę na coraz to mniejsze, mierzalne, powtarzalne i przewidywalne kawałki. AI nie tyle wprowadza więc nowy porządek, ile wchodzi w porządek formowany od dawna.
Aby to zauważyć, trzeba jednak się cofnąć co najmniej do połowy XIX w. – do czasu, gdy coraz powszechniejsze stawało się projektowanie procesów organizacji pracy, by była coraz tańsza, łatwiejsza do delegowania, organizowania, mierzenia, liczenia i powtarzania. Wówczas przewagę zaczęły osiągać te firmy, w których najłatwiej było standaryzować i skalować procesy, co służyło wypieraniu z rynku firm tradycyjnych, a co za tym idzie – dawnego, całościowego modelu pracy.
Krzesło i drzewo na drodze ku automatyzacji
Redukowanie pracy człowieka do zestawu powtarzalnych, mechanicznych czynności – czyli doprowadzony do perfekcji przez Henry’ego Forda tayloryzm – bynajmniej nie pojawiło się w próżni. Już Adam Smith zachwycał się podziałem procesu pracy, dzięki któremu kilku pracowników manufaktury szpilek było w stanie wytworzyć setki razy więcej wyrobów niż konkurencja.

