Drzwi (do zawodu prawnika) szeroko zamknięte
Obrona pracy magisterskiej trwa kilkanaście minut. Na miano prawnika pracuje się latami, a sukcesu w zawodzie nie mierzy się ani w lajkach, ani w subach
W lipcu na straganach mamy nadpodaż młodej kapusty, a na LinkedInie wysyp młodych magistrów prawa. Celowo piszę „magistrów prawa”, a nie „prawników”, bo czy są tymi drugimi, to się okaże w praniu (podążając za myślą bodajże prof. Wyrzykowskiego). I wcale nie uzależniam nazwania ich prawnikami od tego, czy skończą aplikację, będą radcami, sędziami, adwokatami. Jak na mój gust mogą również programować aplikacje, pracować w urzędach, w działach prawnych korporacji. Grunt, żeby wykonywali obowiązki z kręgosłupami. Specjalnie piszę w liczbie mnogiej. Przyda się bowiem zadbać zarówno o ten, który boli, gdy za długo siedzimy przy komputerze, jak i ten, który powinien boleć, gdy robi się wiadomo kogo z logiki (prawniczej). Z bólem pierwszego trudno żyć, bez drugiego trudno spojrzeć w lustro. Przykład kilku polityków prawników pokazuje, że to raczej droga w jedną stronę niż podróż za jeden uśmiech, a mimo wszystko wciąż kusi.




