wywiad
Są środowiska, którym mętna woda służy
Maciej Berek: Wielokrotnie patrzyłem na przepis z zaskoczeniem i pytałem sam siebie: jak to tu trafiło i dlaczego nikt tego nie zmienił? Ale to właśnie pokazuje wartość procesu deregulacji

354 postulaty zrealizowane w ciągu jednego roku. Jak się to udało?
Za tymi liczbami stoją przede wszystkim ludzie. Na samym początku był bardzo masywny ruch społeczny – tysiące osób zgłaszały swoje postulaty. Adam Bodnar, kiedy jeszcze był ministrem sprawiedliwości, mówił, że od wielu lat nie widział takiego zaangażowania obywatelskiego. Zadziałała Inicjatywa SprawdzaMY (Rafała Brzoski – red.), a za nią – dziesiątki urzędników ministerstw, Kancelarii Premiera, Rządowego Centrum Legislacji, pracujących w zupełnie innym rytmie niż zwykle. Spotkania odbywały się rano, wieczorem, czasem o nieprzyzwoicie późnej porze. Co tydzień, przez cały rok.
Prezydent Karol Nawrocki zawetował tylko 18 ustaw, które w ten sposób powstały, a podpisał aż 104. Jak to było możliwe w tak głęboko podzielonej politycznie Polsce?
Od początku dokonywaliśmy starannej selekcji tematów – pracowaliśmy wyłącznie nad rzeczami, które bronią się same. Odrzucaliśmy zmiany o charakterze lobbystycznym lub adresowane do zbyt wąskich grup. I tu jest sedno: deregulacja nie ma barw politycznych. Niezależnie od tego, jakie ugrupowanie jest w parlamencie – ma kontakt z tymi samymi przedsiębiorcami, z tymi samymi rodzicami uczniów w szkole, z tymi samymi osobami z niepełnosprawnością. To są te same grupy społeczne, które do swoich parlamentarzystów – bliższych im politycznie – zgłaszają te same problemy. Kiedy deregulacja polega na tym, że dwa urzędy zbierają to samo sprawozdanie, to niezależnie od barwy politycznej ministra, posła czy przewodniczącego komisji ocena jest zawsze taka sama: trzeba to zmienić.




