Państwo skrajności
Niemal 2 mln Izraelczyków – w tym 900 tys. dzieci – żyje poniżej granicy ubóstwa. Bieda dotyka głównie Arabów, ultraortodoksyjnych Żydów i seniorów

Choć w zbiorowej wyobraźni Izrael niekiedy uchodzi za bliskowschodnią Dolinę Krzemową, sytuacja ekonomiczna wielu mieszkańców znacząco odbiega od tego wizerunku. Pod koniec stycznia szerokim echem w tamtejszych mediach odbiły się wyniki raportu dotyczącego ubóstwa, przygotowanego przez Instytut Ubezpieczeń Społecznych (Bituah Leumi, NII). Wynika z niego, że w 2024 r. blisko 2 mln Izraelczyków – jedna piąta populacji – żyje w biedzie.
Granica ubóstwa dla osoby samotnej wynosi w Izraelu nieco ponad 3,5 tys. szekli (ok. 4,2 tys. zł) miesięcznie. W przypadku pary próg ten wzrasta do 7,1 tys. szekli (8,4 tys. zł). Pięcioosobowa rodzina jest uznawana za ubogą, jeśli jej dochód spadnie poniżej 13,3 tys. szekli (15,7 tys. zł).
Raport pokazuje, że bieda dotyka 28 proc. izraelskich dzieci (w 2023 r. było to 27,6 proc.), czyli ok. 900 tys. Pod tym względem Izrael zajmuje niechlubne drugie miejsce wśród państw OECD, zaraz po Kostaryce, której wydatki publiczne na opiekę społeczną są wyraźnie poniżej średniej krajów rozwiniętych. Autorzy raportu podkreślają też, że sytuacja ekonomiczna izraelskich rodzin wciąż się pogarsza. Powody to przedłużający się stan wojenny, wysokie koszty życia i słaba dynamika wzrostu gospodarczego.
„Dane dotyczące ubóstwa za 2024 r. (...) należą do najbardziej niepokojących w historii” – komentował na łamach „The Jerusalem Post” Gilles Darmon, prezes organizacji charytatywnej Latet. Zdaniem Darmona liczby te ostatecznie burzą mit Izraela jako państwa opiekuńczego. „Na papierze Izrael ma programy socjalne podobne do tych w Europie. Jednak w praktyce zakres wsparcia oraz liczba osób, które one obejmują, są dramatycznie niskie. Wniosek jest nieunikniony: izraelska sieć bezpieczeństwa społecznego jest słaba” – konkluduje.
Dla Michała Wojnarowicza, analityka PISM ds. Izraela i Palestyny, dane nie były zaskoczeniem. – Biorąc pod uwagę siłę gospodarki, budżet czy rezerwy walutowe, można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z jednym z najbogatszych i najlepiej rozwiniętych gospodarczo państw na świecie. Jednak wbrew powszechnym wyobrażeniom Izrael łączy w sobie zarówno elementy skrajnego bogactwa, jak i skrajnej biedy – podkreśla ekspert. I dodaje, że bieda ma tam zwykle związek z uwarunkowaniami społeczno-religijnymi. Według raportu Instytutu Ubezpieczeń Społecznych większość dzieci żyjących poniżej granicy ubóstwa pochodzi z rodzin ultraortodoksyjnych Żydów (charedim) lub społeczności arabskiej, której dużą część stanowią Palestyńczycy. – To dwie najsłabsze ekonomicznie grupy w kraju – dodaje Wojnarowicz.
Niewykorzystany zasób
Arabowie i charedim stanowią ponad 65 proc. osób żyjących w biedzie, mimo że odpowiadają za prawie dwukrotnie niższy odsetek populacji. Dla porównania wśród rodzin żydowskich niebędących charedim wskaźnik ubóstwa sięga 14 proc. Pozostała jedna trzecia obywateli w trudnej sytuacji materialnej to m.in. imigranci z byłego Związku Sowieckiego czy Etiopii.
Bieda w społeczności arabskiej ma strukturalne przyczyny. – To grupa, która od wielu lat podlega systemowej dyskryminacji, jeśli chodzi o dostęp do świadczeń, usług publicznych, dobrej infrastruktury i edukacji. Niedostatki i zaniedbania rozwojowe są na tyle duże, że przekładają się na status społeczno-ekonomiczny – tłumaczy analityk PISM. Jego zdaniem kolejny ważny czynnik to służba wojskowa, która nie tylko ułatwia nawiązywanie kontaktów biznesowych, lecz także wpływa na pozycję na rynku pracy. – Izraelscy Arabowie nie są objęci poborem, przez co już na początku kariery zawodowej znajdują się o parę kroków z tyłu i trudniej im osiągnąć sukces zawodowy. Do tego dochodzi wciąż silny w tej grupie tradycyjny model rodziny, który wpływa zarówno na udział kobiet w gospodarce, jak i dużą liczbę dzieci w gospodarstwie domowym.
Według eksperta ubóstwo ultraortodoksyjnych Żydów jest bardziej związane z wyborem stylu życia. Chodzi o prymat studiów religijnych nad pracą oraz kontestację świeckiej edukacji czy nauki języka angielskiego. – Jeśli spojrzymy na dane statystyczne, to widać, że ultraortodoksyjne rodziny utrzymują się głównie dzięki pracy kobiet. Ponadto grupa ta w dużej mierze polega na pomocy państwa: stypendiach, dotacjach i społecznym systemie filantropijnym. Są szacunki pokazujące, że Arabowie i ultraortodoksi są dużym i niewykorzystanym zasobem w gospodarce – zauważa Michał Wojnarowicz.
Skala ubóstwa wśród charedim ma związek z wielodzietnością. – Wśród ultraortodoksyjnych Żydów na kobietę przypada średnio sześcioro dzieci, a granice ubóstwa są wyznaczone wedle wielkości rodziny. Mimo to ludziom udaje się jakoś funkcjonować. Chodzi tu raczej o niedostatek niż o biedę, którą obserwujemy w Afryce czy niektórych państwach Azji – dodaje analityk.
Spory odsetek Izraelczyków żyjących poniżej linii ubóstwa to ludzie starsi. Instytut Ubezpieczeń Społecznych szacuje ich liczbę na ok. 158 tys. – więcej niż wynosi średnia OECD. Wśród nich są ocaleni z Zagłady (Szoa). Według danych ejewishphilanthropy.com za 2025 r. 40 proc. z ponad 220 tys. Żydów, którzy przeżyli Holokaust, w czasie zbierania danych żyło w biedzie, z czego ponad jedną czwartą stanowili obywatele Izraela. Osoby te utrzymują się dzięki „skromnym emeryturom, sporadycznym zasiłkom dla ocalałych oraz pomocy społecznej”. – To również pokazuje, że Izrael – z przyczyn biurokratycznych czy systemowych – nie jest w stanie zapewnić odpowiednich warunków czy nawet godnego bytu symbolicznie bardzo ważnej grupie ludności – zauważa Michał Wojnarowicz.
Bieda w stanie wojennym
O ile w przypadku społeczności arabskiej główną przyczyną trudnej sytuacji materialnej jest systemowe wykluczenie, o tyle w przypadku ultraortodoksyjnych Żydów sprawa jest bardziej złożona. – Mają oni większe rodziny i skupiają się na religii kosztem pracy zarobkowej, licząc jednocześnie na to, że dzięki pomocy państwa uda im się związać koniec z końcem. Warto jednak dodać, że z powodu rosnących kosztów życia również w tej części społeczeństwa widać pewne zmiany: od kilkunastu lat sukcesywnie rośnie zatrudnienie wśród mężczyzn – podkreśla Wojnarowicz.
Sytuację materialną najbardziej wrażliwych grup pogorszył permanentny stan wojenny, który trwa od wybuchu wojny w Strefie Gazy. Jak zauważa w swoim artykule Gilles Darmon, przez ponad dwie dekady przywódcy uzasadniali bezczynność w kwestii ubóstwa rzekomym brakiem pieniędzy w budżecie. „Wojna zdezaktualizowała ten argument. W obliczu egzystencjalnego zagrożenia militarnego Izrael zmobilizował ogromne zasoby finansowe, nie podważając przy tym stabilności gospodarczej” – dowodzi społecznik.
Ubiegłoroczne szacunki Banku Izraela wskazują, że wojna w Strefie Gazy kosztowała państwo ok. 350 mld szekli (ponad 414 mld zł). Do tych wydatków teraz trzeba dołożyć koszty wojny z Iranem. – Jeszcze w 2024 r. pojawiały się informacje, że w wyniku wojny w Strefie Gazy upadło kilkadziesiąt tysięcy izraelskich biznesów. Funkcjonowanie w trybie wojennym, czyli powołanie rezerwistów i oderwanie ich od pracy, to bolesny cios w gospodarkę. Do tego dochodzą inne koszty, np. programów osłonowych, żołdu dla żołnierzy i odszkodowań za zniszczenia wojenne. W zeszłym roku podniesiono różne podatki, m.in. VAT, oraz przeprowadzono cięcia budżetowe. To pokazuje, jak rząd stara się sfinansować tę najdłuższą wojnę w historii kraju i jak dotyka to samych Izraelczyków – ocenia Michał Wojnarowicz.
Niepewność ekonomiczna będzie się utrzymywać, bo nie ma jasnej perspektywy na wygaszenie napięć w regionie. Niewykluczone, że wojna z Iranem przerodzi się w ograniczony konflikt na wyczerpanie, a to będzie oznaczać kolejne koszty i zniszczenia. – Izrael boryka się również ze stratami wizerunkowymi, czego wyrazem są bojkoty i przypadki zerwania współpracy przez niektóre podmioty czy zagranicznych partnerów. Na to wszystko nakładają się wysokie – i wciąż rosnące – koszty życia. Probierzem są tu chociażby ceny mieszkań; sam Tel Awiw jest obecnie jednym z najdroższych miejsc do życia na świecie – podkreśla mój rozmówca.
Nawet klasa średnia nie ma łatwo. Jak zaznaczają autorzy przeglądu gospodarczego OECD z kwietnia 2025 r., „dobrobyt gospodarczy zależy od cen towarów i usług w stosunku do dochodów. Jednak poziom cen w Izraelu jest wyższy niż można by oczekiwać na podstawie jego PKB na mieszkańca”. Kraj ten uchodzi za gospodarkę startupów, nowych technologii i wielomiliardowych transakcji z zagranicznymi firmami, ale zyski z sektora high tech trafiają do wąskiej grupy osób. – Mocno ucierpiała również branża turystyczna, która odgrywa w Izraelu istotną rolę. Od kilku lat odradza się podróże do Izraela osobom z zagranicy, a rozwinięta turystyka nie zaspokoi się jedynie klientem wewnętrznym – dodaje Wojnarowicz.
Zagrożenie wojenne i szalejąca drożyzna powodują, że narasta fala emigracji. Z danych Centralnego Urzędu Statystycznego (CBS) wynika, że w 2023 r. 82,8 tys. Izraelczyków wyjechało z kraju na dłuższy czas. To wzrost o 44 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. Liczba osób opuszczających kraj gwałtownie wzrosła po ataku terrorystycznym Hamasu z 7 października 2023 r. i utrzymywała się na wysokim poziomie przez cały 2024 r. – w ciągu pierwszych ośmiu miesięcy wyjechało wtedy prawie 50 tys. Izraelczyków. W 2025 r. wyemigrowało kolejnych 70 tys. obywateli (wróciło 19 tys.).
Bezpieczeństwo ważniejsze niż drożyzna
Jak przyznaje Michał Wojnarowicz, choć wątki ekonomiczne przewijają się w trwającej kampanii wyborczej, to na razie nie wzbudzają w elektoracie większych emocji. Dominują przede wszystkim tematy polityczne i personalne, których bohaterami są premier Binjamin Netanjahu i jego skrajni koalicjanci. Trudno o analogię do polskiej kampanii w 2023 r., w której kwestia drożyzny należała do wiodących. – W spokojniejszych latach opozycja atakowała rząd wysokimi kosztami życia, mieszkalnictwem, problemami klasy średniej i ubóstwem, w tym związanym z sytuacją mniejszości arabskiej. Pamiętam kampanię wyborczą sprzed kilku lat, w której sam Netanjahu grał tematem poprawy sytuacji socjoekonomicznej ludności arabskiej, próbując pozyskać ten elektorat – wspomina ekspert. W badaniu przeprowadzonym przez Izraelski Instytut Demokracji w maju 2023 r., czyli przed atakami terrorystycznymi Hamasu, największy odsetek respondentów – ok. jednej trzeciej– uznała wysokie koszty utrzymania za najważniejszy problem kraju. Wojna zepchnęła te sprawy na dalszy plan. – W Izraelu kwestie gospodarcze są ważne, ale drugorzędne w porównaniu z bezpieczeństwem – dodaje analityk PISM.
Emocje wciąż za to rozpala trwający od dawna konflikt świeckich obywateli z ultraortodoksami. – Izraelska klasa średnia jest sfrustrowana tym, że jej podatki i służba wojskowa służą utrzymaniu sposobu życia osób ultrareligijnych, które nie chcą się integrować z resztą społeczeństwa. To jedno z większych źródeł napięć w kraju. Politycy często nawiązują do tego sporu w swoich postulatach – mówi Wojnarowicz.
Niewykluczone, że gabinet Netanjahu poświęci więcej uwagi sytuacji ekonomicznej obywateli na późniejszym etapie kampanii. – Rząd planuje np. obniżenie podatku dochodowego czy dopłaty do kredytów hipotecznych. To pokazuje znajome schematy: jeśli w roku wyborczym władza może uchwalić pewne prawa, dzięki którym zyska większe poparcie przy urnach, to je uchwali – uważa ekspert.
W 2013 r. ówczesny rząd powołał tzw. komisję Elaloufa, która miała przygotować kompleksową strategię walki z ubóstwem i nierównościami. Wniosek był jednoznaczny: rocznie wystarczyłoby 8 mld szekli (ok. 9,7 mld zł), aby zbliżyć wskaźniki ubóstwa w Izraelu do poziomu innych krajów OECD. Suma ta stanowi ułamek wydatków wojennych. Jak podsumował Gilles Darmon, „pytanie nie brzmi więc, czy Izrael może sobie pozwolić na walkę z ubóstwem, lecz czy się na nią zdecyduje”. ©Ⓟ
Nina Nowakowska
Absolwentka dziennikarstwa i filozofii na UW. Pisała m.in. dla "Plusa Minusa", "Słowa Żydowskiego" i Interii. Zajmuje się tematyką żydowską i Izraelem

