Twórczość się liczy
Polska popkultura wyrobiła sobie za granicą rozpoznawalną markę. Zrobiła to bez szukania rozgłosu i narodowego napinania muskułów, oferując odbiorcom świeże i oryginalne produkcje

Możliwość zarabiania dużych pieniędzy na twórczości nie jest zarezerwowana tylko dla państw najwyżej rozwiniętych, w których większość bogactwa wytwarzają inne, „poważne” gałęzie. Stosunkowo biedna Jamajka zrobiła z muzyki swój flagowy towar eksportowy. Duży popyt na krajowe dobra kultury nie zależy również od globalnej znajomości lokalnego języka, choć niewątpliwie go ułatwia. Po koreańsku nie mówi niemal nikt poza mieszkańcami Półwyspu Koreańskiego, a jednak K-pop stał się światowym fenomenem. Krajowa sztuka i rozrywka mogą się również stać ważnym elementem polityki międzynarodowej, wspierając soft power i zwiększając globalną rozpoznawalność państwa.
Przemysły kultury i kreatywne rozwijają się najlepiej wtedy, gdy władza zapewnia twórcom jedynie podstawowe zabezpieczenia socjalne i daje wsparcie finansowe początkującym lub reprezentującym mniej komercyjne dziedziny, ale w zasadzie trzyma się od tych branż z daleka. Przykład? Współczesne rosyjskie kino święciło triumfy na przełomie wieków, gdy swoboda pracy twórczej była nad Wołgą jeszcze całkiem szeroka. Po aneksji Krymu w 2014 r. syndrom oblężonej twierdzy na Kremlu wszedł już na całkowicie nieznośny poziom i dzisiaj nikt nie pozwoliłby Aleksiejowi Bałabanowi nakręcić genialnego „Ładunku 200”. Hojnie dofinansowywane przez państwo epickie epopeje mało kto poza Rosją chce oglądać. Tak się złożyło, że akurat patos sprzedaje się głównie w wykonaniu Anglosasów, co jednak nie oznacza, że mniejsze narody nie mogą znaleźć swoich całkiem atrakcyjnych nisz. Na szczęście Polska takie miejsca sobie znalazła.

