GIEŁDA POMYSŁÓW
Stosujemy zasady bonu oświatowego
ROBERT KAŹMIERCZAK,
wiceburmistrz Jarocina
W Jarocinie zlikwidowaliśmy kilka placówek oświatowych, a w ich miejsce powołane zostały szkoły prowadzone przez lokalne stowarzyszenia. Pięć lat temu burmistrz Jarocina zadecydował, że każde dziecko i każda placówka szkolna powinny podlegać takim samym zasadom. Oznacza to, że musimy przekazywać za każdym uczniem do szkoły taką samą kwotę pieniędzy, jaką otrzymujemy z ministerstwa. W przypadku szkoły miejskiej dostajemy z resortu ok. 3,5 tys. zł na dziecko, w szkołach wiejskich ministerialna subwencja wynosi około 5 tys. zł. Ta różnica wynika z potrzeby wyrównywania szans edukacyjnych dzieci wiejskich. Od pięciu lat w Jarocinie stosujemy więc zasady bonu oświatowego jako sposobu podziału pieniędzy na edukację.
Ten mechanizm ma powodować konkurencyjność między szkołami. Placówki powinny zabiegać o to, żeby mieć jak najwięcej uczniów, bo wtedy za nimi popłyną dodatkowe pieniądze. Nie grozi to jednak przepełnieniem klas w szkołach niepublicznych, ponieważ rodzice zwracają pilną uwagę na to, czy klasy są np. 35-osobowe, czy tylko 25-osobowe. Szkoła nie ma interesu w dopełnianiu klas do 35 uczniów, bo rodzice wybiorą inną placówkę, a wtedy całkowicie straci ona pieniądze.
Obecnie na terenie gminy Jarocin w formie jednostek niepublicznych działają: 4 podstawówki, 3 gimnazja i 6 przedszkoli. Od 1 września br. będziemy mieli już 6 podstawówek, 3 gimnazja i 9 przedszkoli. Z naszych doświadczeń wynika, że w placówkach niepublicznych zaczyna się w dużo większym stopniu zabiegać o ucznia. Bo im lepsza oferta edukacyjna, im więcej zajęć dodatkowych - tym więcej uczniów, czyli tym samym więcej pieniędzy.
W przypadku szkół publicznych, jeżeli burmistrz podpisuje arkusz organizacyjny, to musi zapewnić pełne zabezpieczenie finansowe. Niekoniecznie wtedy nauczycielom i dyrekcji zależy, żeby konkurować z innymi placówkami, bo pieniędzy otrzymają dokładnie tyle, ile oddziałów stworzyli - bez względu na liczebność klas czy liczbę zajęć dodatkowych.
Efektem naszej reformy jest to, że od dwóch-trzech lat subwencja oświatowa wystarcza nam na bieżące funkcjonowanie placówek oświaty. Od kilku lat analizujemy też wyniki sprawdzianu szóstoklasistów i egzaminu gimnazjalnego. Wyniki nauczania w szkołach niepublicznych są przynajmniej na poziomie średniej gminnej, a jest ona znacząco wyższa od średniej wojewódzkiej i krajowej.
Jako ciekawostkę podam fakt, że nasze niepubliczne gimnazjum jako miejsce nauki dla swojego dziecka wybrała wizytator z kuratorium oświaty, mieszkająca w sąsiedniej gminie. Co więcej, z pobliskich gmin udało się pozyskać tej placówce ok. 40 uczniów. Dodam jeszcze, że w gimnazjum 30% uczących się to dzieci nauczycieli ze szkół publicznych.
Nauczyciele zatrudnieni w niepublicznych placówkach tracą przywileje wynikające z Karty Nauczyciela. Ich wynagrodzenie nie wynika z rozporządzenia ministra. Ze zmian korzystają przede wszystkim młode ambitne osoby. W szkole publicznej, żeby zacząć przyzwoicie zarabiać, trzeba zostać nauczycielem mianowanym. Natomiast w placówkach niepublicznych obowiązuje Kodeks pracy, gdzie wynagrodzenie nauczyciela można różnicować właśnie pod względem jakości nauczania, zaangażowania, a także w zależności od jego specjalizacji. Jeżeli na przykład brakuje anglistów, to nauczyciele ci powinni zarabiać 80 zł za godzinę, żeby przyciągnąć ich do gminy. Uważam, że im więcej wolnego rynku w edukacji, tym lepiej dla uczniów.
PROBLEM
Subwencja oświatowa nie pokrywała kosztów oświaty, a sam system nauczania demotywująco wpływał na najlepszych nauczycieli.

