Zakaz geoblokowania staje się faktem. Za naruszenie grożą milionowe kary
Już za trzy tygodnie wejdzie w życie unijne rozporządzenie zakazujące geoblokowania. Za naruszenie jego zasad grozić będą przedsiębiorcom drakońskie kary, przewidziane w ustawie o ochronie konkurencji i konsumentów. To ostatni dzwonek dla przedsiębiorców prowadzących internetową sprzedaż. Nowe przepisy wymagają co najmniej przeglądu prowadzonej działalności. Oferujący towar w sprzedaży zagranicznej powinni m.in. rozbudować informacje udzielane konsumentom.
Już 3 grudnia wchodzi w życie unijne rozporządzenie, które zakazuje geoblokowania. To ostatni dzwonek dla przedsiębiorców na przygotowania. Tak naprawdę – głównie dla handlowców w branży e-commerce, bo unijny prawodawca nie zdecydował się na usunięcie barier w handlu online w przypadku usług audiowizualnych, finansowych czy książek itp. I chociaż zdaniem ekspertów trudno mówić o rewolucji, to przedsiębiorcy muszą dokładnie sprawdzić, czy ich polityka sprzedażowa jest odpowiednio skonstruowana, by nie narazić się na zarzut utrudniania dostępu do polskiego rynku konsumentom z innych państw. Przygotować się trzeba, bo chociaż sankcji w rozporządzeniu nie zapisano, to nie znaczy, że ich w ogóle nie będzie. Prezes UOKiK będzie mógł nałożyć kary ‒ i to drakońskie. Geoblokowanie będzie bowiem mogło zostać uznane zarówno za porozumienie ograniczające konkurencję, jak i za praktykę naruszającą zbiorowe interesy konsumentów, za co przedsiębiorcy grozi kara w wysokości do 10 proc. rocznego obrotu. Dodatkowo sankcja grozi osobie zarządzającej.
I chociaż w rozmowie z DGP wiceprezes UOKiK zapewnia, że urząd nie będzie karał od razu, ale da czas uczciwym przedsiębiorcom na przygotowania – to nie można spocząć na laurach. Tym bardziej że jest już gotowy projekt ustawy dostosowującej polskie przepisy do unijnych, z której wynika, że UOKiK chce wzmocnić uprawnienia swojego prezesa – tak by mógł on skuteczniej walczyć z tego typu nieprawidłowościami.
Problem jednak w tym, że projekt nowego aktu prawnego opublikowano 26 października, a na uwagi w ramach konsultacji dano zainteresowanym podmiotom zaledwie siedem dni. Jako że koniec terminu przypadał w środku długiego weekendu związanego ze świętem 1 listopada – ze zrozumiałych względów mało kto zapewne zwrócił uwagę na szczegóły projektu. A przewiduje on nie tylko wzmocnienie uprawnień prezesa UOKiK, lecz także bardzo istotną zmianę w sposobie jego powoływania: już nie w drodze konkursu, ale bezpośrednio przez premiera. Pozostaje wierzyć, że przekazanie do konsultacji ustawy w tak gorącym terminie i takie skrócenie okresu konsultacji nie było celowe, a jedynie wynikało z pośpiechu.
