rosyjska inwazja
Końca świata nie będzie
Do stolicy przyjeżdżają zdeterminowani Ukraińcy gotowi wspomóc obrońców stolicy – pisze z Kijowa nasz korespondent

Na kijowskim dworcu kolejowym było wczoraj tłoczno. Nie było jednak chaosu. Działały kasy, wyświetlano rozkład jazdy, były podawane informacje o opóźnieniach - po ukraińsku i angielsku. Wśród uciekających z ukraińskiej stolicy przeważali jednak miejscowi.
Jeszcze wczoraj pociągi kursowały na trasie Kijów - południe kraju, jeździły najprawdopodobniej do Winnicy, miasta, z którym związany były prezydent Petro Poroszenko. To jedyny korytarz ewakuacji dla ludności cywilnej. W ciągu półtorej godziny dworzec opuściły trzy składy, wszystkie wypełnione po brzegi. Ale te, które przyjechały do ukraińskiej stolicy, nie były puste. Do Kijowa wciąż przybywają ci, którzy chcą wspomóc obronę miasta, są zdeterminowani. Jedną z nich jest trzydziestokilkuletnia ukraińsko języczna kobieta pochodząca z Doniecka. Przyjechała ze wschodu Ukrainy, zna Kijów, ma się gdzie zatrzymać. Przywiozła trzy kanistry wypełnione paliwem - dla wojska, do robienia koktajli Mołotowa. Poprosiła o pomoc, nie miała siły przenieść zbiorników z dworca do taksówki, która miała ją zawieźć do miejsca, w którym Ukraińcy organizują samoobronę. Dlaczego zdecydowała się przyjechać, choć większość kijowian wyjeżdża? - Jestem psychoterapeutką, niewykluczone, że ktoś będzie potrzebował mojej pomocy - odpowiedziała.



