Silna gmina to silne państwo - mity i rzeczywistość
Refleksje o ustroju samorządu terytorialnego
Silna gmina to silne państwo - mity i rzeczywistość
Mocny i "mądry" lider, uznany przez wyborców w akcie bezpośredniego wyboru za lokalny autorytet, daje większą rękojmię arbitralnego sprawowania władzy wykonawczej w interesie wszystkich mieszkańców, bez względu na sympatie światopoglądowe, narodowościowe czy polityczne.
Udawane próby rozwiązania tego od samego początku bardzo niepoważnie traktowanego problemu zdają się po raz kolejny zakończyć fiaskiem. Ewentualna korekta ustroju samorządu terytorialnego będzie tylko "okruchem z pańskiego stołu", w niewielkim stopniu wpływając na ewentualną poprawę sytuacji, jeśli w ogóle całkowicie tej reformy nie skompromituje. Od początku reformowania ustroju państwa, tj. od 1989 r., trudno się oprzeć wrażeniu, że najlepsze akty prawne powstają na etapie projektów zmian ustrojowych. To, co ujrzy światło dzienne po obróbce parlamentarnej, stanowi już na starcie karykaturę pierwotnego zamysłu. Kolejne nowelizacje, pod pretekstem "szlifowania", zmierzają do skompromitowania idei pierwotnej, co w przypadku ustroju samorządu terytorialnego prowadzi najprawdopodobniej do rozbudzenia w społeczeństwie sentymentu za centralistycznym sposobem sprawowania władzy w kraju i minionym systemem politycznym.
Często, przy różnych okazjach uświadamia się nam, że przez fakt blisko półwiekowego obcowania z systemem komunistycznym, wszyscy, bez wyjątku, w większym lub mniejszym stopniu jesteśmy nim skażeni i określani typem homo sowietikusa.
O ile siła oddolnych inicjatyw zarówno na poziomie statystycznego obywatela kraju, jak i na szczeblu samorządowym sugeruje bez wątpienia, że to skażenie jest tu najmniejsze, rzec by można marginalne, o tyle, niestety, z każdym szczeblem zarządzania wyżej jest już coraz gorzej.
Przedwyborcze deklaracje
Od 1989 r. na bazie hasła "Silna gmina to silne państwo!" wielu demagogów zbiło swój kapitał, nie tylko polityczny. To i temu podobne hasła ożywają wyłącznie w czasie kampanii wyborczych do organów przedstawicielskich, zaś później o zobowiązaniach podjętych na podstawie tych haseł nasi wybrańcy skutecznie zapominają na całe lata. A jeśli nawet stwarzają pozory zajmowania się problematyką samorządową, to robią to w ogromnym pośpiechu, w ostatniej chwili i, siłą rzeczy, bardzo niedbale. Nie starcza im już czasu na konsultację społeczną swoich legislacyjnych pomysłów, tak nieodzownego elementu charakteryzującego państwa demokratyczne. Wprawdzie "dyskutują" o problemie "politycy", bardziej z chęci zapewnienia umocowania dla partykularnych interesów własnych czy też swojego ugrupowania, aniżeli z chęci osiągnięcia konsensusu społecznego i wypracowania bardziej optymalnych mechanizmów i warunków zarządzania na szczeblach samorządu terytorialnego. Oznacza to, że satysfakcja wyborców z dokonanych wyborów jest bardzo krótkotrwała, i prawie powszechnie zaraz po elekcji zmienia się w odczucie, które można by przyrównać do kaca giganta.
