PIP 2.0. Naprawdę chcemy abolicji?
Jeśli reforma Państwowej Inspekcji Pracy faktycznie pójdzie w kierunku łagodzenia dolegliwości, to będzie zachętą do łamania prawa pracy

Przedsiębiorca od lat nie płacił żadnych podatków. Kontrola stwierdziła, że co prawda powinien, no ale skoro nie chciał, to nie musiał tego robić. Może na spokojnie zacząć płacić dopiero bieżące należności. Żadnego, broń Boże, zaległego podatku, nie mówiąc już o odsetkach, płacić nie musi. Absurd? Analogicznie media opisują rzeczywistość w prawie pracy po reformie PIP. Nie wiadomo jednak, na ile to zniekształcenia pochodzące ze źródeł tych doniesień, a na ile niezrozumienie istoty reformy przez samych polityków i komentatorów.
Piłowanie zębów prawa
Tak są przedstawione założenia reformy roboczo nazwanej „PIP 2.0”, a więc projektu zwiększania uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy. Wzmocnienie inspekcji to jeden z kamieni milowych wpisanych do KPO, który obecny rząd sam zaproponował i wynegocjował w Brukseli. Wszyscy byli zadowoleni, bo usunięto założenia wpisane do KPO przez poprzedni rząd, ale radość trwała krótko – tylko do czasu, gdy Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przedstawiło projekt ustawy. Początkowo bardzo restrykcyjny, później złagodzony, przyznawał inspektorom pracy prawo stwierdzania decyzją, że dany stosunek prawny jest umową o pracę. Obecnie inspektorzy nie mogą tego zrobić, mogą jedynie wystąpić do sądu z takim powództwem.





