Wspieranie przez nieduszenie
Protesty przedsiębiorców w sprawie SENT to nie żaden chwilowy kryzys, lecz rezultat powierzchownego potraktowania kwestii przeregulowania polskiej gospodarki

Myliła się słynna filozofka Ayn Rand, gdy w „Atlasie Zbuntowanym” snuła wizję wielkiego strajku najpotężniejszych przedsiębiorców, którzy – zniesmaczeni traktowaniem ich przez rząd jak dojne krowy – uciekają do ukrytej doliny i pozostawiają pasożytujący etatyzm samemu sobie. Wizja epicka, ale zupełnie nierealistyczna. Nawet jako metafora. Najwięksi biznesmeni nie muszą strajkować. Mogą się z rządem dogadać albo – wspierani armią prawników – grać z nim w kotka i myszkę. W ostateczności mogą wyjechać do wcale nieukrytego raju (podatkowego).
W prawdziwym życiu to małym i średnim firmom zdarza się protestować. Nie stać ich na mecenasów, Kajmany nie dla nich, im pozostaje wycieczka do stolicy i wykrzyczenie swoich racji politykom w oczy. Nie robią tego często, ale jeśli jednak już się na to decydują, to nie należy ich ignorować.
Od KDT do SENT
To naprawdę nie dzieje się często, a na pewno nie w dużej skali. W latach 90. XX w. i pierwszej dekadzie wieku XXI, owszem, mieliśmy bunty kupieckie przeciw próbie zduszenia drobnego handlu podatkami, kontrolami skarbowymi i cłami czy przeciw likwidowaniu targowisk z przyczyn urbanistycznych. Były to jednak protesty rozproszone i nieliczne. Pamiętają państwo Kupieckie Domy Towarowe w centrum Warszawy? To jedno z takich nibytargowisk, którego likwidację chciało zatrzymać przy pomocy strajku ok. 1 tys. osób. W

