Mocarstwo samotne z wyboru
Ofensywa taryfowa Waszyngtonu jest prowadzona w tak nieobliczalny sposób, że zanim nad Potomak i Missisipi powrócą fabryki, Amerykę pogrążą liczne skutki uboczne polityki handlowej

Ogłoszony przez Trumpa Dzień Wyzwolenia wprawił świat w osłupienie. Szokujące są nie tylko nowe stawki celne zaprezentowane z dumą przez prezydenta USA, ale też absurdalny sposób ich obliczenia. Amerykanie uznali cały swój deficyt w handlu towarami za efekt nieuczciwych działań partnerów handlowych, więc dla każdego z nich przewidziano taryfę proporcjonalną do tego rzekomego rabunku. Gdyby taką metodologię wymyślił student ekonomii, prawdopodobnie wyleciałby z zajęć. Niestety wpadła na nią amerykańska administracja, której pozbyć tak łatwo się nie da.
„Ekonomiści mogą się martwić skutkami inflacyjnymi, ale Trump nie kieruje się w swoich działaniach klasyczną teorią ekonomiczną” – napisała na łamach „Financial Times” Rana Foorohar w tekście „The realpolitik of Trump’s tariffs”. Według komentatorki FT w działaniach prezydenta USA to geopolityka ma prymat nad ekonomią, a główne zasady jego działań są trzy: podział obciążeń celnych na świecie musi się zmienić na korzyść USA, głównym zagrożeniem strategicznym USA są Chiny, a dolar musi się osłabić w celu odbudowania amerykańskiego przemysłu.
Potencjał produkcyjny jest bronią
To właśnie ten ostatni jest kluczowy. USA zdały sobie sprawę, że potencjał produkcyjny jest jednym z fundamentów siły obronnej i ofensywnej państwa. Tymczasem pod tym względem Chiny biją je na głowę, nawet jeśli według PKB per capita są na ich tle wciąż biedne. Waszyngton postanowił więc dokonać gwałtownej reindustrializacji, żeby przygotować się na ewentualne starcie z Pekinem i móc nadal wywierać wpływ w wielu częściach globu. A przy okazji też zapewnić poszkodowanej globalizacją klasie pracującej w USA miliony dobrze płatnych i stabilnych miejsc pracy.

