Różne własne twarze
Współcześni artyści uciekają od pokazywania siebie. Zamiast tego uwagę odbiorcy kierują na kontekst społeczny, w którym tworzą. Czy autoportrety kiedykolwiek przedstawiały prawdziwych ludzi?

Pierwszy znany historykom sztuki autoportret powstał w XIII w. p.n.e. Przedstawia Beka, nadwornego rzeźbiarza egipskiego faraona Echnatona, oraz jego żonę Taheri. Dziś ich wizerunki są w Muzeum Egipskim w Berlinie. Oboje w pozycji stojącej z martwym spojrzeniem zwróconym wprost do widza. Mężczyzna jest wyraźnie tęższy niż większość starożytnych Egipcjan znanych nam z przedstawień. To zapewne skutek zarządzonego przez Echnatona (także wobec niego samego) odejścia od kanonu nakazującego idealizację portretowanych postaci. Przez wiele stuleci, zwłaszcza tych przypadających na średniowiecze, artyści nie poświęcali twórczej uwagi samym sobie. Ich dzieła miały sławić Boga, świętych i władców, choć tych ostatnich także nie portretowano zbyt często – zazwyczaj dopiero na płycie nagrobnej.
– Autoportrety pojawiały się dopiero w XV wieku. Wtedy też portret staje się osobnym gatunkiem malarskim. Wcześniej postacie nie były indywidualizowane, przedstawiano je w sposób konwencjonalny. Zdarzają się nekropolie, w których leżący obok siebie królowie mają tę samą twarz, albo przeciwnie: ten sam władca na różnych obrazach wygląda zupełnie inaczej – tłumaczy prof. dr hab. Piotr Krasny, historyk sztuki z Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Wydaje się, że ludzie nie troszczyli się szczególnie o utrwalenie swojego wizerunku. Być może wynikało to stąd, że nie mieli po prostu okazji przekonać się, jak dokładnie wyglądają. Przed XV stuleciem nie było bowiem porządnych zwierciadeł, a te, których używano, oddawały zaledwie mglisty zarys twarzy.

