analiza
Komu sprzyja przedłużająca się debata na temat Zondy?

Czy mamy do czynienia z przelotnym epizodem burzliwego świata kryptoaktywów, czy z początkiem twardego rozliczania organów, którego skutki będą się ciągnąć latami?
Od kilku tygodni informacje na temat giełdy Zondacrypto wyskakują jak z lodówki. Część obserwatorów wskazuje, że może właśnie jesteśmy świadkami preludium opowieści, do której za kilka lat będziemy wracać z takim samym ciężarem, z jakim dziś się mówi o kredytach frankowych jako o sprawie, która trwale zmieniła relacje między rynkiem, państwem i klientem. Część opisuje jednak rzeczoną sprawę jako burzę w szklance wody, przypominając chociażby przeszłe kryzysy na rynku finansowym. Kiedy niepokojące informacje na temat Zondy zaczęły wyciekać do mediów, wielu z nas przewróciło oczami, mówiąc „a nie mówiłem”. Wielu pomyślało, iż moment, w którym upubliczniono problemy giełdy, nie był przypadkowy. Zainteresowani w zależności od chęci lobbowania na rzecz określonej narracji szafują określeniem „afera”. Autor niniejszego komentarza skłania się ku bardziej powściągliwemu opisywaniu tej sprawy, traktując tego rodzaju narrację jako daleko idącą medialną etykietę. Komentarz nie ma na celu szczegółowej analizy sytuacji prawnej poszkodowanych oraz platformy, lecz próbę pokazania pewnego koniunkturalizmu kilku grup interesu, które w obliczu kryzysu szukają dla siebie nowych pól wpływu. Temat ten nie jest bowiem tylko technicznym problemem giełdy z blokadami wypłat. Zawsze w takich sytuacjach należy się zastanowić, czy strata setek milionów złotych to katastrofa, w której wszyscy są wyłącznie ofiarami. Otóż niezupełnie. Historia uczy, że w obliczu kryzysów jedni tracą majątki, inni budują pozycję, a jeszcze inni po prostu zarabiają. Recesje i finansowe załamania rzadko bywają egalitarne. Podobnie jest i dziś: wydarzenia takie jak sprawa Zondy dla jednych oznaczają dramat, dla innych okazję.




