Zarobki lekarzy powinny być godne, ale przyzwoite
Przypadek Dawida Kacprzyka, lekarza polityka, który zarobił 1,6 mln zł w rok, bulwersuje od kilku dni opinię publiczną na wiele sposobów. Można się zżymać na degenerację polityków rządzącej partii, którzy w stołecznym Szpitalu Południowym – według doniesień portalu Zero.pl – urządzili sobie szybką ścieżkę dostępu do leczenia poza kolejkami, bo przecież te ostatnie są dla frajerów, czyli zwykłych obywateli. Przedsiębiorcy może się otwierać nóż w kieszeni, gdy słyszy, że powinien płacić jeszcze wyższą składkę zdrowotną, bo jest wielomiliardowa dziura w budżecie NFZ. Przecież wie, że przy tak niewydolnym i – nazwijmy to wprost – patologicznym systemie finansowania ochrony zdrowia zrzuci się w ten sposób bardziej na kolejne Porsche dla medyka niż ultradrogą terapię rzadkiej choroby, którą finansuje się z internetowych, obywatelskich zrzutek. Rodzic na świadczeniu pielęgnacyjnym albo ojciec wielodzietnej rodziny, który pracuje za pensję tylko nieco wyższą niż płaca minimalna, pomyśli sobie, że on przez całe życie nie zarobi tyle, ile ten lekarz bez specjalizacji, przed trzydziestką, dostał przez rok.




