Walczyć, ale nie wygrać
Amerykanie nie uczynili dla Ukrainy nawet 10 proc. tego, co mogą zrobić bez angażowania własnych żołnierzy. I co ważne, nie komunikują Kremlowi, że przegra

Ze Sławomirem Dębskim rozmawia Maciej Miłosz

Sławomir Dębski, dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych
Sławomir Dębski, dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych
Minęło już 19 miesięcy od najechania Ukrainy przez Rosję. Rozważmy teraz różne scenariusze zakończenia tej wojny. Jaki jest ten dla nas najbardziej negatywny?
A nie moglibyśmy zacząć od pozytywnych?
Ten najbardziej negatywny da nam punkt odniesienia.
Dobrze, ale ten scenariusz jest zarazem najmniej prawdopodobnym, gdyż większość państw zaangażowanych po stronie Ukrainy chce mu zapobiec. Czasami uznając ten cel swojej polityki za nadrzędny.
Czego się obawiają?
Niekontrolowanego rozpadu porządku międzynarodowego. Który mógłby nastąpić w wyniku użycia przez Moskwę broni jądrowej przeciwko Ukrainie. W tym scenariuszu społeczność międzynarodowa pozostaje tak sparaliżowana, że działanie Kremla nie spotyka się z odpowiedzią. Nic się nie dzieje. W rezultacie mielibyśmy do czynienia z sytuacją podobną – jeśli chodzi o skutki dla systemu międzynarodowego – do tej, która nastąpiła dziesięć lat temu. Wówczas administracja prezydenta Baracka Obamy ostro ostrzegła reżim Baszara al-Asada przed użyciem broni chemicznej przeciwko cywilom. Jednak syryjski dyktator mimo wszystko na to się poważył, Waszyngton zaś umył ręce. System międzynarodowy otrzymał katastrofalny sygnał, że amerykańskie ostrzeżenia mają wyłącznie charakter retoryczny. A skoro można naruszyć jedno tabu, to być może uda się też kolejne. I kilka miesięcy później Rosja anektowała Krym. Znowu przy bierności Amerykanów. Do dziś żyjemy w świecie ukształtowanym przez politycznie błędną i strategiczne nieodpowiedzialną politykę zaniechania Obamy.


