LOcaL content
Rząd mówi, że będzie przestrzegał unijnego wymogu równego traktowania wszystkich podmiotów gospodarczych, ale będzie dyskryminował niektóre z nich, tyle że miękkimi metodami. Może w ten sposób uniknąć sporu z Brukselą, ale nie uniknie sporu z logiką

9 kwietnia w podtoruńskiej fabryce Apatora – firmy produkującej rozmaite urządzenia pomiarowe – zgromadzili się szefowie spółek Skarbu Państwa (SSP). Mieli wysłuchać wystąpienia samego premiera Donalda Tuska oraz ministra aktywów państwowych Wojciecha Balczuna, swojego bezpośredniego pryncypała. Sprawa była ważna. Chodziło o przyszłość polskiej gospodarki. Premier perorował: „Pamiętacie, kiedy mówiłem o tym, że nie ma odwrotu od repolonizacji polskiego przemysłu, polskiej gospodarki? (...) Chcę bardzo jasno powiedzieć, że wszędzie tam, gdzie polski rząd ma cokolwiek do powiedzenia, wszędzie tam, gdzie będą zamawiane usługi, produkty, wszędzie tam, gdzie będziemy mówili o współpracy między jedną, drugą, trzecią firmą, będziemy (...) egzekwowali te zasady”. Zasady local contentu. To właśnie to hasło widniało za plecami przemawiającego premiera.
Komponent krajowy
Promowanie repolonizacji gospodarki pod angielską nazwą aż się prosi o złośliwość. W duchu hermeneutyki podejrzeń Freuda można by spekulować, że promotorzy local contentu nie mają na myśli tego, co twierdzą, że mają. Niestety, nie mamy wglądu w intencje liderów naszego państwa i sądy o nich musimy formułować na podstawie tego, co mówią i robią oraz jakie to rodzi konsekwencje. Co zatem mają na myśli, mówiąc o local contencie, czyli – jak to przetłumaczono w oficjalnych dokumentach rządowych – komponencie krajowym w gospodarce?

