Wojna po amerykańsku
Konflikt z Iranem raczej nie jest ostatnią wojną USA pod rządami Donalda Trumpa. Pokazuje przy tym wyraźnie, jakie błędy może popełniać mocarstwo – nawet działając w słusznej sprawie – i jaka może być ich cena

Gdy we wtorek, tuż przed północą czasu polskiego, Donald Trump ogłosił de facto bezterminowe („do czasu złożenia irańskiej propozycji i zakończenia rozmów”) zawieszenie broni w konflikcie z Iranem, można było ten komunikat interpretować na różne sposoby. Na przykład jako dowód dobrej woli, odpowiedzialności i rozsądku prezydenta USA, ale w kontekście wielu wcześniejszych działań obecnego lokatora Białego Domu nie było to zbyt przekonujące. Bardziej realistycznie brzmiały komentarze o słabości woli, politycznej niekompetencji i chaosie decyzyjnym w administracji amerykańskiej. Cykl zmian stanowisk Waszyngtonu powtórzył się bowiem już po raz kolejny.
Najpierw były eskalacja (tym razem m.in. zajęcie statków) i retoryczne groźby. Potem obserwowanie ze zdziwieniem, że na przywódcach Iranu nie robi to wrażenia i nie spieszą się nie tylko z kapitulacją, lecz nawet z przybyciem na rozmowy do stolicy Pakistanu, a co gorsza, w rejon potencjalnych walk płyną jakieś jednostki chińskiej marynarki wojennej. Efekt – przedłużenie obowiązywania rozejmu. Najpierw przeniesienie finalnej daty z wtorku na środę, ale wkrótce później refleksja, że to przecież także nie rozwiązuje problemu. Więc… Eureka! „Do czasu zakończenia rozmów”. A że te się nawet jeszcze nie zaczęły i nie wiadomo, czy w ogóle do nich dojdzie? Drobiazg.
Było też zapewne bardziej pragmatyczne tło tego teatrzyku. Część ludzi związanych z prezydentem robi w tym bałaganie udane biznesy na własną rękę, np. spekulując akcjami związanymi z branżą energetyczną i sektorem zbrojeniowym, a inna przygotowywała tymczasem scenariusze wojenne, mające w pewnym momencie ostatecznie rzucić Iran na kolana. Dla obu grup publiczne wygłupy ich szefa są bardzo użyteczne – tworzą kolejne okazje do zarobku i usypiają lub mylą przeciwnika. Nikt więc nie stara się zanadto, by zapobiec nadaktywności prezydenta w zakresie formułowania publicznie coraz to nowych, nawet wewnętrznie sprzecznych komunikatów.

