Słabnący krupierzy władzy
Izraelska interwencja w Libanie toczy się w cieniu wojny w Iranie. Ale będzie miała równie dalekosiężne skutki, jak konfrontacja USA i Izraela z Teheranem. I może w dużej mierze przesądzić o losie Hezbollahu

– Zrobię wszystko, co możliwe, żeby pomścić ojca. Nie zawrzemy pokoju – oświadczył z chłodną determinacją młody mężczyzna, patrząc prosto w oczy reporterce Sky News. To samo powtarzało wiele osób w południowym Libanie: tu nie będzie pokoju, a izraelska interwencja nie służy celom militarnym, ale zdobyczom terytorialnym.
Zniszczenia wzdłuż dróg wiodących na południe kraju zaczynają się praktycznie już w południowych dzielnicach Bejrutu. Im dalej, tym rumowisk więcej – a na niektórych stosach pokruszonego betonu i cegieł powiewają niewielkie, zwracające uwagę żółtym tłem flagi Hezbollahu (Partii Boga). Zawieszenie broni, o którego zawarciu w połowie kwietnia poinformował prezydent USA Donald Trump, pozostaje rozejmem dość symbolicznym: nie tylko Hezbollah, lecz tylko libańska armia donoszą o kolejnych bombardowaniach celów w Libanie przez izraelską armię. Rakiety wystrzeliwuje też Hezbollah.
Izraelska armia zajęła pas ziemi wzdłuż granicy izraelsko-libańskiej, a kilkadziesiąt godzin po ogłoszeniu rozejmu ogłoszono ustanowienie „żółtej linii” – takiej jak w Strefie Gazy – której Libańczycy przekroczyć nie mogą. Co oznacza też zakaz wstępu do ponad 50 miejscowości w tym pasie, których mieszkańcy uciekli na północ, gdy zaczęły się walki. Przebieg „żółtej linii” na mapach Sił Obrony Izraela wskazuje też, że armia planuje kontrolować jeszcze większy obszar. I najwyraźniej zamierza też utrudnić działanie bojownikom Hezbollahu, niszcząc infrastrukturę na południu Libanu: drogi, mosty, obiekty publiczne takie jak szkoły i placówki zdrowia, meczety.

