Każdy myśli, że pomaga
W przypadku większości zawodów zaufania publicznego kształcenie państwowe jest standardem. Psychoterapeuci to wyjątek: wszystko jest w prywatnych rękach

Z Przemysławem Bąblem rozmawia Emilia Świętochowska
W swojej nowej książce pisze pan, że rynek psychoterapii w Polsce przypomina piramidę finansową. Co ma pan na myśli?

Przemysław Bąbel, prof. dr hab., pracuje w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie kieruje Zespołem Badania Bólu. Zajmuje się m.in. mechanizmami działania placebo
Przemysław Bąbel, prof. dr hab., pracuje w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie kieruje Zespołem Badania Bólu. Zajmuje się m.in. mechanizmami działania placebo
Chodzi mi o to, że aby wejść do zawodu psychoterapeuty, trzeba zainwestować bardzo dużą sumę – ok. 100 tys. zł w ciągu czterech lat. Samo szkolenie to wydatek średnio 70 tys. zł. Do tego trzeba opłacić psychoterapię własną, udział w szkoleniach, konferencjach, testy psychologiczne itd. Uzyskanie certyfikatu to nie koniec wydatków, trzeba stale podnosić kwalifikacje i mieć superwizję. Od trzeciego roku szkolenia można już pracować, ale dostaje się najniższą stawkę – ok. 200 zł za 50-minutową sesję. Młody psychoterapeuta zwykle zaczyna praktykę u kogoś, a wtedy 40–50 proc. stawki idzie na konto właściciela gabinetu. Wciąż zostaje niemało, ale jak ktoś wydał 100 tys. zł, to pojawia się pytanie o zwrot z tej inwestycji. Używam metafory piramidy, żeby zwrócić uwagę na strukturę finansową systemu.
Gdzie w psychoterapii jest najwięcej pieniędzy?

