Koniec ery dżentelmenów
Dyrektywa wprowadzająca jawność płac to zwycięstwo biurokratycznego myślenia. Nie zlikwiduje luki płacowej, za to może obniżyć wynagrodzenia
Ile zarabia twój sąsiad, że stać go na nowe porsche? Dla Polaków takie pytanie jest synonimem wścibstwa zmieszanego z zawiścią, dla Norwegów zaś czymś naturalnym. Od ponad 200 lat rząd udostępnia wszystkim chętnym informacje o dochodzie obywateli, a od 2001 r. ułatwia to, publikując dane w sieci.
Ale i Polska, razem z całą UE, na mocy dyrektywy o jawności wynagrodzeń z 2023 r. będzie wkrótce jak Norwegia. Do czerwca przyszłego roku przepisy dyrektywy muszą być zaimplementowane do polskiego prawa. W rezultacie firmy będą podlegać nowym obowiązkom i dodatkowej biurokracji.
Jest to co prawda całkowicie sprzeczne z koniecznością deregulacji UE, którą wskazuje w raporcie o konkurencyjności Mario Draghi, ale może w tym akurat wypadku jest usprawiedliwione wyższym celem? Uzasadnieniem przepisów jest przecież likwidacja różnic w płacach między kobietami a mężczyznami, a także wzmocnienie pozycji pracowników w relacji z pracodawcami.
Unieszczęśliwianie na siłę
Czy ten cel można w ten sposób osiągnąć? Przykład Norwegii każe zachować sceptycyzm. Chociaż można by się spodziewać, że dwa wieki z właściwie pełną transparentnością płac poskutkowały istotnym obniżeniem luki płacowej, to według danych Eurostatu nieskorygowana luka płacowa w Norwegii wciąż jest znaczna – wynosi ok. 14 proc. W Polsce, gdzie jawności płac nie ma, a dyskrecja w tym zakresie jest elementem kodeksu kulturowego (przecież dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają), jej poziom to ok. 8 proc.
Nie znaczy to, że jawność płac nie przyniosła absolutnie żadnych pozytywnych efektów. Według ekonomistów Cristiano C. Carvalho i Triny Engh Vattø, odkąd rejestry płac w Norwegii udostępniono online, płace zarabiających poniżej mediany wzrosły o 5,1 proc., wzrosły także relatywnie (o 2,1 proc.) płace kobiet, gdy zarazem ogólny rozkład wynagrodzeń uległ spłaszczeniu. Czyli jest trochę bardziej równo.

