Kuźnia gwiazd
Żaden program telewizyjny nie miał tak dużego oddziaływania na popkulturę jak „Saturday Night Live”. Bez niego nie byłoby „Pogromcy duchów”, „The Office” czy Adama Sandlera

„Live from New York, it’s Saturday night!” – od pięciu dekad to hasło towarzyszy milionom Amerykanów w sobotnie wieczory spędzane przed ekranem. 16 lutego stacja NBC wyemitowała trzygodzinną fetę z okazji jubileuszu „Saturday Night Live”, niezatapialnego giganta telewizji, któremu od pierwszego odcinka przepowiadano upadek. Żaden program nie miał tak dużego oddziaływania na popkulturę jak „SNL” – to trampolina dla aktorów i scenarzystów, którzy stworzyli dziesiątki uwielbianych filmów i seriali, niezapomnianych powiedzonek, refleksji o polityce czy świecie celebrytów.
(Nie)gotowi na prime time
Na początku lat 70. XX w. idea formatu takiego jak „SNL” wydawała się prawie nie do pomyślenia. Wieczorne programy w amerykańskiej telewizji nie były wtedy domeną komików, którzy rzucali dowcipami o partyjnym establishmencie. Rodziny zasiadały przed ekranami, aby oglądać tzw. variety shows z dopracowanymi numerami muzycznymi, przyjaznymi żartami i skeczami, które nie pozostawiały miejsca na zaskoczenie. Show Eda Sullivana przedstawił Ameryce Beatlesów; Dan Rowan i Dick Martin w „Laugh-In” flirtowali ze świeżymi pomysłami, ale w ściśle kontrolowanym, nagranym wcześniej formacie. Późnymi wieczorami królował program „Tonight Show” Johnny’ego Carsona – dobrze naoliwiona machina monologów, wywiadów z gwiazdami i bezpiecznego humoru.

