Książka, dobro zakupowe
Ceny rosną, ale popyt nie maleje, zwłaszcza jeśli wliczyć formy cyfrowe. Ile i za ile czytamy?

Jestem w księgarni na warszawskim Ursynowie. Robię zakupy, a przy okazji podpytuję, co się najlepiej sprzedaje. – Klienci sięgają po biografie: Ala Pacino, Marii Konopnickiej, Fredericka Forsytha. Jest sporo zapytań o „Wegetariankę” noblistki Han Kang. A nowego Dehnela pan czytał? Nie? To polecam – odpowiada wyraźnie ożywiona moim pytaniem sprzedawczyni.
Biorę książkę o chińskim imperium, a do kompletu dorzucam komiks i kolorowankę dla córki. Mówię na głos, że rośnie przyszła czytelniczka i pewnie niedługo będziemy przychodzili po literaturę dla młodzieży. Sprzedawczyni studzi mój zapał. – Nie mamy na stanie żadnych książek z kategorii „young adult”. To się kompletnie nie opłaca. Nastolatki, owszem, czytają, ale nie odwiedzają lokalnych księgarni. Zaopatrują się w dużych sieciach – mówi.
Za czytelnikami trudno trafić, nie tylko za młodymi. Bo jeśli obejrzą popularną ekranizację serialową, nie ma pewności, że sięgną po książkę, która stanowiła jej kanwę. Teraz na Netfliksie nadawane jest „Sto lat samotności” na podstawie słynnej powieści Gabriela Garcii Marqueza, ale do ursynowskiej księgarni boom na literaturę iberoamerykańską i książki magicznego realizmu jeszcze nie dotarł. – Jestem trochę zdumiona. Zamówiłam sporo książek Marqueza i zalegają w magazynie – opowiada sprzedawczyni.
Sprzedaż stacjonarna w ogóle idzie coraz gorzej. Ludzie przychodzą, oglądają książki, wychodzą i kupują online. Gdyby nie internet, który zapewnia 70 proc. obrotu, księgarnia na Ursynowie nie miałaby racji bytu. A koszty działalności są niebagatelne. Tylko za wynajem lokalu trzeba płacić 10 tys. zł miesięcznie. – Pandemia mocno podcięła nam skrzydła. Dostaliśmy pomoc finansową z Polskiego Funduszu Rozwoju, ale musieliśmy zwrócić te pieniądze i jest ciężko. Księgarnie czeka taki sam los jak znikające kioski z prasą – wieszczy moja rozmówczyni.

