Lekcja pierwsza trumponomiki
Wielu obserwatorów próbuje nas przekonać, że polityka gospodarcza administracji Donalda Trumpa jest nieprzemyślana. Trochę jak ze slapstikowej komedii. Wchodzi Elon Musk i mówi jedno, J.D. Vance drugie, a Trump robi coś jeszcze innego, bo tak mu akurat dziś w duszy zagrało.
Ale prawda jest, moim zdaniem, inna. Trumponomika jest pomysłem dość spójnym. Jako taka różni się fundamentalnie od gospodarczych pomysłów kilku poprzednich gospodarzy Białego Domu: Clintona, Obamy czy Bidena. A nawet i przedzielającego ich kadencje republikanina Busha juniora. Różnica polega na tym, że oni niczego nowego nie wymyślili, a raczej poruszali się w ramach tego samego neoliberalnego modelu zglobalizowanej gospodarki światowej z Ameryką próbującą odgrywać rolę hegemona. W ramach tego systemu otorbiała się także amerykańska i światowa plutokracja. System dobrze służył jej potrzebom, więc i działania żadnego ze wspomnianych prezydentów nie wywoływały tak wielkiego sprzeciwu. Spazmy pojawiły się dopiero wraz z wejściem na scenę postrzelonego miliardera z farbowaną blond czupryną.

