Porządkowanie przestrzeni czy paraliż inwestycyjny?

Nowelizacja przepisów planistycznych stawia samorządy i inwestorów pod presją. Urzędy walczą z czasem przed sierpniowym terminem KPO, a resort rozwoju zapowiada rychłe poprawki. Eksperci debatowali w redakcji DGP o ryzyku paraliżu.
Wchodząca w decydującą fazę reforma planowania przestrzennego jest uznawana za rewolucję, która ma odwrócić paradygmat obowiązujący w Polsce od początku lat 90. Interes prywatny, symbolizowany przez chaotyczne przedmieścia i wszechobecną wuzetkomanię, ma zejść na dalszy plan. Pozostaje jednak dylemat, jak pogodzić odzyskiwanie władztwa urbanistycznego przez społeczności lokalne z ochroną praw właścicieli nieruchomości i płynnością rynku budowlanego.
Między dobrem wspólnym a prawem własności
Tomasz Lewandowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju i Technologii, sprzeciwia się tezie o tym, że wdrażane przepisy są zamachem na swobodę budowlaną. Argumentuje, że reforma realizowana pierwotnie od września 2023 r. to w istocie powrót do normalności oraz do traktowania przestrzeni jako wspólnej wartości na równi z czystym powietrzem czy zasobami wodnymi. Zwraca uwagę, że od wieku w Polsce zamiast systemowego kształtowania ładu mamy do czynienia z permanentną walką z anarchią i chaosem. Nowe regulacje, w jego ocenie, mają przywrócić samorządom realne władztwo urbanistyczne i położyć kres kreowaniu tkanki miejskiej na podstawie wadliwego mechanizmu decyzji o warunkach zabudowy.




