Biedny jak technooligarcha
Nowi finansowi arystokraci może zrzucili gorsety wyrafinowania i dyskrecji, ale jedno wciąż ich łączy z dawnymi elitami: nie chcą mówić o tym, jak niskie płacą podatki

Styl życia Jeffa Bezosa i jego żony Lauren Sánchez to zaprzeczenie cichego luksusu, który charakteryzował miliarderów przed nastaniem technooligarchii. Wystarczy przypomnieć medialny festiwal przepychu i ekstrawagancji, w który zamienili swoje trzydniowe wesele w Wenecji: ponad 200 obscenicznie bogatych gości epatowało diamentowymi akcesoriami oraz głębokimi dekoltami, obskakując kolejne przyjęcia i brunche jak atrakcje w Disneylandzie. Były balety w pianie na pokładzie wartego 0,5 bln dol. megajachtu i kolacje przyrządzane przez szefów kuchni z trzema gwiazdkami Michelina.
W świecie „starych pieniędzy” takie pokazy rozbuchanej konsumpcji uchodziłyby za faux pas, lecz ludzie ery Trumpa nie przejmują się wyrokami arbitrów dobrego smaku. Łamanie kanonów estetyki ostentacyjnymi logami i pozłacanymi wnętrzami stało się dla nich aktem symbolicznej dominacji.
Nowi arystokraci może zrzucili gorsety wyrafinowania i dyskrecji, ale jedno wciąż ich łączy z dawnymi elitami: o swoim majątku wolą nie rozmawiać, by nie dawać okazji do przypomnienia, jak niskie płacą podatki.
Zdusić w zarodku
Jak tylko rozmowa schodzi na temat zasadności ich uprzywilejowania, natychmiast próbują odwrócić od siebie uwagę, uciekając w udawane oburzenie na to, że klasa średnia jest stale łupiona przez państwo. Bezos, czwarty na liście najbogatszych, dał modelowy popis tej strategii w ubiegłotygodniowym wywiadzie dla CNBC. Zapytany o narastające w Stanach Zjednoczonych nierówności majątkowe założyciel Amazona odparował, że podniesienie podatków dla najbogatszych niczego nie rozwiąże. Jego zdaniem zamiast demonizować i karać ludzi, którzy odnieśli sukces, politycy powinni uwolnić od nadmiernych obciążeń tych, którym wiedzie się gorzej – zwłaszcza że ich wkład do budżetu i tak jest stosunkowo niewielki.


