Lekcje z Ceuty
Na plażach Ceuty prawdopodobnie rozegrała się jedna z bitew cichej, amerykańsko-chińskiej wojny o wpływy w Europie. W roli żołnierzy wystąpili głównie młodzi Marokańczycy, ale także tajemniczy animatorzy internetowej kampanii oraz niektórzy politycy

Nieco ponad tydzień temu tysiące nielegalnych migrantów z Maroka rzuciły się na Ceutę – hiszpańską eksklawę na północnym wybrzeżu Afryki. Aktywiści i sympatycy europejskiej prawicy natychmiast skorzystali z okazji, by przedstawić te dramatyczne wydarzenia jako skutek błędów socjalistycznego rządu w Madrycie, a jednocześnie kolejny dowód na bankructwo polityki migracyjnej Unii Europejskiej. Nie bez podstaw, bo gabinet Pedro Sáncheza ma swoje za uszami podobnie jak unijni przywódcy ostatniej dekady. Rzeczywistość okazała się jednak nieco bardziej skomplikowana – coraz wyraźniej widać, że także inni szatani byli tu czynni.
Warto więc potraktować casus Ceuty jako ważny przyczynek do refleksji nad współczesnym środowiskiem bezpieczeństwa, w tym nad mechanizmami użycia broni migracyjnej. Podobnie jak nad całokształtem przyszłej polityki europejskiej, bo przecież cały spektakl nie odbył się w oderwaniu od geostrategicznej rywalizacji zewnętrznych mocarstw ani od wewnętrznej gry interesów na Starym Kontynencie.
Sama Ceuta świetnie nadaje się na miejsce takiej konfrontacji o charakterze proxy. Tędy wiodły szlaki handlowe, dzięki którym bogaciły się pokolenia kupców z różnych stron Morza Śródziemnego. Tu była baza wielu kluczowych operacji wojskowych, w tym hiszpańskiego podboju Maroka, ale też puczu generała Franco, który zapoczątkował wojnę domową w Hiszpanii. Jest też symboliczną pozostałością po imperium kolonialnym ze stolicą w Madrycie – pamiątką minionej świetności dla jednych, dla innych wciąż niezabliźnioną raną. Do tych drugich zaliczają się niewątpliwie członkowie władz w Rabacie.

