Bezradni wobec PiS, sprawczy wobec swoich
Z rozliczeniami PiS jest jak z zapowiedzią wielkiego finału, który wciąż nie nadchodzi. Były mocne deklaracje, konferencje prasowe, komisje śledcze, obietnice aktów oskarżenia i polityczne deklaracje, że tym razem państwo pokaże zęby. Miała być sprawczość, miało być odzyskanie elementarnej wiary w to, że była władza po utracie stanowisk nie schowa się za immunitetami, procedurami i znajomościami. Tymczasem na razie obywatel dostał raczej długi serial bez końcowego odcinka i rosnące poczucie, że scenarzyści pogubili kartki.
Rozliczenia nie są łatwe. Po ośmiu latach politycznego zawłaszczania instytucji, po wojnie o prokuraturę, po zabetonowaniu sądów i w obliczu prezydenckiego hamulca nikt rozsądny nie oczekiwał cudów w trzy miesiące. Tyle że od wyborów minęło już ponad 30 miesięcy, a taryfa ulgowa już przestała działać. Obywatele nie głosowali na obietnicę, że koalicja będzie próbować, tylko zaufano, że dowiezie.
Zrobiono jednak niewiele. W rozliczaniu afer Zjednoczonej Prawicy więcej jest zapowiedzi niż aktów końcowych, więcej emocji niż rezultatów, więcej publicystyki niż odpowiedzialności. Zbigniew Ziobro stał się symbolem tej bezradności: polityk, który miał być surowo rozliczony, dziś jest raczej przykładem operetkowej nieskuteczności. Przypadek Marcina Romanowskiego również pokazuje, że państwo może dużo mówić o determinacji, a potem równie długo tłumaczyć, dlaczego nie zdążyło. Opornie posuwa się też sprawa Michała Kuczmierowskiego, byłego szefa Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych, który wyjechał do Wielkiej Brytanii, gdzie po wpłaceniu kaucji oczekuje na wolności na decyzję brytyjskiego sądu w sprawie ekstradycji do Polski. Nie wspominając już o pisowskich prezesach spółek Skarbu Państwa, m.in. Danielu Obajtku, który może się czuć bezkarny.
I w tym właśnie momencie na scenę wraca Collegium Humanum. Sprawa dotycząca tego, co w polskim życiu publicznym zawsze pachniało znajomo: załatwienia papierka, który otwiera drzwi do rad nadzorczych, a tym samym prestiżu i pieniędzy. Problem w tym, że ta afera nie układa się w prosty wyborczy plakat pod hasłem „oni kradli, my naprawiamy”. Wciąga w swoją orbitę także ludzi spoza PiS i zmusza koalicję do odpowiedzi na pytanie, czy zasada równości wobec prawa naprawdę obowiązuje również wtedy, gdy robi się politycznie niewygodnie.
Oskarżony w tej sprawie prezydent Wrocławia Jacek Sutryk nie jest przecież politykiem PiS. Doniesienia o możliwych wnioskach o uchylenie immunitetów Szymonowi Hołowni i Michałowi Kobosce także nie dotyczą Prawa i Sprawiedliwości. I nawet jeśli w ich przypadku trzeba zachować daleko idącą ostrożność, bo na razie poruszamy się w świecie przecieków, zaprzeczeń i nieformalnych ustaleń, to polityczny efekt już nastąpił. I jest taki, że obóz, który miał rozliczać poprzedników, sam musi się teraz gęsto tłumaczyć.
I bardzo dobrze. Bo jeśli po 15 października 2023 r. naprawdę miało być inaczej, to właśnie w takich sprawach standardy muszą być wyższe. Nie może być rozróżnienia na „nasze” i „ich” dyplomy, zarzuty, immunitety. Nie da się odbudować praworządności metodą selektywną. Tu jednak zaczynają się polityczne schody. Bo wyborca może uznać zasadę równości wobec prawa za słuszną, a jednocześnie zapytać: dlaczego w takim razie PiS nadal wydaje się równiejszy? Dlaczego w sprawach ludzi obecnej władzy państwo stara się działać stanowczo i bez taryfy ulgowej, a w sprawach najważniejszych polityków poprzedniego układu wciąż oglądamy ucieczki, uniki, opóźnienia, proceduralne spory i kompromitacje?
To nie jest argument za tym, by nie patrzeć na ręce ludziom z KO, Lewicy czy Polski 2050. Ale rządzący nie mogą sprawiać wrażenia, że mają władzę tylko nad własnym obozem, a są bezradni wobec tych, którzy przez lata to państwo rozmontowywali. Nie wystarczy bowiem mieć racji. Nie wystarczy opowiedzieć wyborcom, jak głęboko poprzednicy zdemolowali instytucje państwa. Trzeba dowieść, że po zmianie władzy te instytucje naprawdę zaczynają działać. ©℗
Daria Al Shehabi
dziennikarka DGP



