I zrobili hałas nie tylko w Wilanowie
Po słynnej już imprezie techno w Wilanowie na placu boju została regionalna dyrekcja ochrony środowiska (RDOŚ). Twierdzi, że powinna być poproszona o zgodę na odstępstwo od zakazu m.in. niepokojenia i płoszenia gatunków chronionych w sąsiednim rezerwacie Morysin. I w związku z tym kieruje sprawę na policję.
W historii o tym, jak Wilanów nie spał, bo miał imprezę za oknami, urzekające jest to, że wszyscy wszystkich oskarżają o podwójne standardy. Najpierw dostało się zarządcy obiektu, że na terenie zabytku dopuścił do zwykłej grandy. Na co dzień po pałacowym parku nie wolno spacerować z psem ani jeździć rowerem, a tu proszę: polska Ibiza. Potem dostało się influencerom, którzy imprezę promowali. Dalej dostało się Warszawiakom, następnie milionerom, bo taka impreza to dowód na to, że bogatemu wolno więcej. Na koniec oberwały władze Warszawy, że leżą plackiem przed bogaczami, i wreszcie mieszkańcy Wilanowa – bo gdyby nie mógł spać ktoś z Podkarpacia, to by pół Polski nie gadało o tym przez kilka dni.
I gdyby poprzedni akapit wprowadził kogoś w błąd, to przypominam: to dalej jest dyskusja o ochronie przyrody i wartości zabytków. Ale wyszło na dobre. Bo gdyby dokładnie to samo wydarzyło się na miejskim sylwestrze w Koziej Wólce, nie mielibyśmy okazji się zastanowić nad tym, czy aby na pewno wszystko jest OK, kiedy w środku nocy naparzamy głośnikami i bijemy światłem po oczach nie tylko uczestników imprezy, lecz także ich ludzkich i nieludzkich sąsiadów. Od lat przecież toczy się rozmowa o emisji światła i hałasu oraz jej negatywnym wpływie na przyrodę, tylko że ludzie zajmujący się środowiskiem zwykle są przez decydentów ignorowani. Dopiero „polska Ibiza” poniosła tę dyskusję pod strzechy.
Teraz z całym tym bałaganem została regionalna dyrekcja ochrony środowiska. Bo choć wniosek o odstępstwo na płoszenie gatunków chronionych to jedyne narzędzie, którym RDOŚ mogła apelować do organizatorów o opamiętanie, to przecież samo w sobie jest ono w tej sytuacji dość kuriozalne. Jeśli RDOŚ skutecznie dotrze z nim do policji, to ta będzie musiała ustalić, czy do płoszenia zwierząt doszło, jakich konkretnie gatunków i kiedy oraz czy są to zwierzęta objęte ochroną i czy impreza techno miała na nie negatywny wpływ.
Bardzo żałuję, że nie zobaczę miny szczęśliwca, który dostanie tę sprawę do prowadzenia. A idę o zakład, że dostanie ona wysoki priorytet, bo przecież pół Polski domaga się odpowiedzi. Zdradzę je od razu. Po pierwsze, brakuje nam sprawnych narzędzi administracyjnych do zwalczania nadmiernych emisji światła czy hałasu. Po drugie, brakuje nam nie tylko przepisów, ale przede wszystkim rozsądku. W Wilanowie na placu boju została RDOŚ ze swoim wołaniem o brakujący wniosek. A powinni zostać organizatorzy, zarządca obiektu i włodarze miasta z następującą refleksją: nie robi się imprezy techno w otoczeniu mieszkalnym, w sąsiedztwie rezerwatu przyrody i na zabytkowym terenie. Można do takich wniosków dojść nawet bez jasnych przepisów. ©℗
Anita Dmitruczuk
dziennikarka i redaktorka DGP



