Fala M(L)AGA
Niespełna dwie dekady temu przez Południową Amerykę przetaczała się fala zwycięstw liderów tamtejszej lewicy. Dziś wahadło wychyla się w przeciwną stronę – władzę przejmują kandydaci zapatrzeni w Trumpa i cieszący się jego poparciem

– Poparłam Abelarda de la Espriellę, bo to ktoś taki, jakiego nigdy tu w polityce nie widzieliśmy. On jest inny – tłumaczyła reporterom stacji Al Dżazira w niedzielny, wyborczy wieczór Luisa Castro z San Jose del Guaviare, miasta leżącego niemal idealnie pośrodku Kolumbii. Ogłoszone jeszcze w niedzielę wstępne wyniki wyborów prezydenckich, według których de la Espriella o włos wyprzedził reprezentującego lewicę senatora Ivana Cepedę, wywołały w mieście wybuch euforii. Zresztą cała centralna Kolumbia murem stoi za nowym prezydentem.
Luisa Castro kilka lat temu odważyła się założyć własny biznes – niewielki lokal z napojami. W tym czasie wydawało się, że po dekadach wojny domowej z lewackimi partyzantkami oraz narkobiznesem Kolumbia znalazła się na właściwej ścieżce. Wynegocjowany w 2016 r. pokój z największym z ugrupowań – FARC (Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii) – sprawił, że większość rebeliantów wyszła z lasu i złożyła broń. Gustavo Petro, zwycięzca wyborów prezydenckich w 2022 r., pierwszy w historii Kolumbii przywódca z lewicy, na dodatek były partyzant ugrupowania M-19, obiecywał „pokój totalny”, zwłaszcza dogadanie się z wciąż walczącymi rozłamowcami z FARC i rebeliantami z ELN (Armii Wyzwolenia Narodowego). Dla Castro ten „pokój” miał jednak twarz kolejnych bandziorów z rozmaitych frakcji, od rebeliantów po gangsterów, którzy zaczęli nachodzić jej biznes, wymuszając haracze. – Zbankrutowałam w dwa lata. Oni sobie z nas kpią. Poniżają swoje ofiary. Nie mają ani za grosz ochoty na żaden totalny pokój – mówiła o swoich prześladowcach Castro.


