Mosty zamiast szańców
Ukraina wygrywa wojnę, przynajmniej chwilowo. Może jednak przegrać pokój. Konsekwencje byłyby fatalne nie tylko dla niej, lecz także dla bezpieczeństwa i interesów rozwojowych całego regionu

Europa Środkowa i Wschodnia ma geostrategicznego pecha. Albo dominacja imperialnej Moskwy z wszystkimi znanymi wadami takiego wariantu, od krwawych represji po cywilizacyjną zapaść, albo Berlina – który co prawda przez ostatnie dekady pokazywał swą łagodną twarz unijnego lidera w wersji soft, ale przecież i tak dyskretnie dbał, żeby nikt w regionie nie wyrósł zanadto i nie zagroził niemieckim interesom politycznym i gospodarczym. A w dodatku potrafił współpracować z Rosjanami kosztem bezpieczeństwa państw regionu, czego najbardziej spektakularnym przykładem było długotrwałe i brutalne forsowanie projektu Nord Stream. W ostatnich latach kombinacja bardzo różnych czynników wewnętrznych i zewnętrznych stworzyła szanse na powstanie tutaj układu bardziej zrównoważonego i korzystnego dla lokalnych graczy. Samo się jednak nie zrobi.
Z deszczu pod rynnę
Można się pocieszać, że Niemcy wyciągnęli wnioski ze swych dawnych błędów. Niestety, dotyczy to co najwyżej części tamtejszych elit politycznych i biznesowych – a i to nie w każdej sprawie. Perspektywy wyborczych sukcesów Alternative für Deutschland (AfD), partii wprost postulującej odbudowę „obustronnie korzystnych” związków z Rosją, tym bardziej każą miarkować optymizm co do przyszłości europejskiego projektu integracyjnego oraz polityki Berlina wobec nas.
Można też się karmić nadzieją, że pomiędzy Bałtykiem a Morzem Czarnym nowym, lepszym hegemonem okażą się Amerykanie. Niestety, Partia Demokratyczna za czasów Baracka Obamy i Joego Bidena nie wykazywała szczególnych chęci ani zdolności w tym kierunku, stawiając raczej na Niemców w roli swego europejskiego partnera, z okazjonalnymi próbami resetu w relacjach z Rosją. Republikanie pod rządami Donalda Trumpa narzucili zaś strategię czysto transakcyjną, która prawdopodobnie przetrwa przyszłe zmiany personalne w Białym Domu, bo jest z punktu widzenia obiektywnych interesów USA całkiem logiczna. I też nie uwzględnia wsparcia dla powstania tutaj silnego sojuszu, zdolnego samodzielnie dbać o swoje bezpieczeństwo i wpływać na otoczenie. Owszem, Waszyngtonowi zależy i będzie zależeć na możliwie korzystnej sprzedaży nadwyżek uzbrojenia, eksporcie surowców energetycznych, utrzymywaniu uprzywilejowanego dostępu do rynków (w tym usług cyfrowych) dla amerykańskich korporacji. A wszystko to łatwiej robić, mając do czynienia ze względnie słabymi (wobec USA) i wzajemnie nieufnymi lub nawet skłóconymi państwami. Tym bardziej że większość strategicznej uwagi oraz własnych sił i środków Amerykanie i tak zamierzają skupić na Indo-Pacyfiku, co wiadomo od lat. Starego Kontynentu i naszej jego części musi więc dotyczyć zasada „minimum nakładu, maksimum efektu”.


