Karaluchy kontra indyjski establishment
Zaczęło się od niezręcznej wypowiedzi prominentnego sędziego oraz wycieku arkuszy egzaminacyjnych. Finałem może być poważna destabilizacja Indii albo ich przyspieszona modernizacja

Narendra Modi ma na swym koncie wiele niekwestionowanych sukcesów. Indie pod jego rządami powoli, lecz konsekwentnie zyskują na znaczeniu jako poważny gracz w globalnej polityce. Gospodarka notuje stały wzrost (rekordowy wśród największych potęg światowych; wedle prognoz indyjskiego banku centralnego w tym roku będzie to aż 7,6 proc.), postępuje imponująca rozbudowa infrastruktury, napływają atrakcyjne inwestycje zagraniczne, rezerwy walutowe i kapitalizacja systemu bankowego są na wysokim poziomie, przeciętne bezrobocie niewielkie, a deficyt budżetowy i inflacja pozostają pod kontrolą. Jednocześnie nacjonalistyczna Indyjska Partia Ludowa (Bharatiya Janata Party – BJP), polityczne zaplecze premiera, dość bezpiecznie zwycięża w kolejnych wyborach, sama lub z dość uległymi koalicjantami (ostatnio do władz stanowych, gdzie znacząco poprawiła stan posiadania).
Partie opozycyjne są zagrożone marginalizacją lub przynajmniej surfują od kryzysu do kryzysu. Niezbyt pomogły im nawet próby wykorzystania społecznych obaw i sprzeciwów wywołanych forsowanym przez BJP ujednoliceniem prawa cywilnego (w miejsce praktyki, która w wielu kwestiach pozwala obywatelom różnych wyznań przestrzegać praw właściwych dla ich religii lub opcjonalnie wybierać kodeks świecki). Modi, po ponad 12 latach nieprzerwanie spędzonych u sterów państwowej nawy, nie może jednak spać spokojnie.

