Chory na Polskę
Miał być historykiem sztuki i kontynuatorem rodowej tradycji. Tymczasem Historia przeznaczyła mu – tak jak tysiącom innych – zadanie przeprowadzenia polskiego dziedzictwa narodowego przez największą tragedię w dziejach

Połowa czerwca 1940 r. nie była najspokojniejszym czasem dla Francji. Po przekroczeniu granicy armia niemiecka rozlała się we wszystkich kierunkach, zmuszając francuskie wojsko i ludność cywilną do ucieczki. Zamieszanie dopadło również polskie władze, które jesienią poprzedniego roku osiadły nad Loarą. W obliczu pancernych zagonów Adolfa Hitlera nie mogły tam dłużej zostać. Konieczna stała się ewakuacja. Później, już w Londynie, zaczną się rozliczenia i obgadywanie, kto uciekł pierwszy.
Z rozważań tych wyłączony będzie Karol Estreicher junior. Gdy inni pakowali walizki, on kombinował, jak przerzucić do Wielkiej Brytanii kilkadziesiąt skrzyń. Ich zawartość nie miała znaczenia dla przebiegu wojny, ale grała kapitalną rolę dla przyszłości Polski. Znajdowały się w nich bowiem zabytki polskiej kultury wywiezione we wrześniu 1939 r. z kraju i ewakuowane na Zachód. Ktoś powie, że to tylko przedmioty i w obliczu ogarniającego cały kontynent konfliktu zbrojnego nie należy się nimi przesadnie przejmować. Nie zatrzymają wroga ani nie uratują życia – przeciwnie, mogą przynieść śmierć swoim obrońcom. Estreicher wiedział jednak, że waga tych skrzyń nie liczy się w kilogramach, lecz w tożsamości, bez której trudno o naród.
21 maja zapisał w dzienniku, że „w Bibliotece Polskiej trzeba myśleć o cennym depozycie Biblii Pelplińskiej, Psałterzu Floriańskim, innych naszych rękopisach”. „Co z tym zrobić? Położenie straszne! Gdzie to wywieźć? Jak zabezpieczyć?” – pytał sam siebie.
Dwa dni później wraz z całym zbiorem znalazł się w Angers, w siedzibie polskich władz na uchodźstwie. W kolejnych tygodniach przekonywał tam polityków, że sprawa wymaga natychmiastowego działania. Ponieważ nie otrzymywał od nich wystarczającego wsparcia, sam organizował, co tylko mógł. Z otrzymanych funduszy kupił m.in. ciężarówkę. Gdy w połowie czerwca sytuacja dojrzała do tego, aby ruszyć ze zbiorami, o pomoc poprosił samego gen. Władysława Sikorskiego, wodza naczelnego i premiera. Ten rzucił: „ratuj Pan sam, ja muszę ratować Rząd Rzeczypospolitej”. Karol odparł więc „dobra” – i wziął się do pracy.

