Nikt nie wierzył w tę muzykę
Nasz przekaz szokował, bo taka natura hip-hopu – nie owijasz w bawełnę, nie bawisz się w dyplomację, tylko mówisz, co cię boli

Z Piotrem Vieniem Więcławskim rozmawia Konrad Wojciechowski
Cofnijmy się do momentu, kiedy chodziłeś do warszawskiej podstawówki i zacząłeś rapować ze starszymi kolegami. Jak to możliwe, że nie przeganiali małolata?
Interesowała mnie muzyka, ich też. Byliśmy inni. Nie nosiliśmy sweterków w serek ani wyprasowanych spodni, tylko koszulki z nadrukami punkowych i hardcore’owych kapel, podwinięte dżinsy i wysokie glany. Trudno było nie zauważyć w szkole kilku ancymonów, którzy mieli na sobie totalnie inne ciuchy. Człowiek widział w drugim człowieku brata, dobrego świra. Wielu z nas samodzielnie wydawało ziny i spotykało się na czadowych giełdach, aby kupić muzykę z drugiego obiegu. Spoiwem towarzyskim była też deskorolka. Patrzyliśmy z zazdrością na amerykańskich riderów ze skate’owych filmów, chłopaków w naszym wieku, jak fikali koziołki na czterech kółkach do muzyki hiphopowej. Też tak chcieliśmy. Deska nas zaczarowała.

