Nowy wielki Laos?

„Oprzyj się na mnie: teraz Rosjanie będą pomagać Chinom” – mówi. „No, zobaczymy, kto komu będzie pomagał” – słyszy w odpowiedzi. To dialog młodego (i atrakcyjnego) rosyjskiego enkawudzisty z młodą (i atrakcyjną) chińską komunistką w najnowszej, a zarazem pierwszej rosyjsko-chińskiej produkcji filmowej – sensacyjnym „Czerwonym jedwabiu”. Akcja filmu dzieje się w 1927 r. i wyraźnie sugeruje widzowi, że ta scena proroczo zapowiada przyszłość. Czyli to, co dla nas jest teraźniejszością.
„Czerwony jedwab” wyprodukowano z wielkim rozmachem i obie strony (ale rosyjska głównie) wiązały z nim ogromne nadzieje jako ważnym wydarzeniem lat 2024–2025, ogłoszonych „latami kultury Rosji i Chin”. Film miał się stać symbolem zawiązanej w przeszłości przyjaźni, trwającej dziś i mającej wiązać oba państwa także w przyszłości. Przyjaźni zbudowanej na walce z Zachodem – w filmie przeciwnikiem sterującym siłami wrogimi Chinom i Rosji jest diaboliczny wywiad brytyjski.
Zassało nad wyraz średnio
Czegóż na ekranie nie ma! Widowiskowe, realizowane ze wszystkimi współczesnymi możliwościami sztucznych efektów pogonie w tajdze i boje w luksusowym ekspresie transsyberyjskim. W tym ekspresie – pasażerowie jak z kryminałów Agathy Christie, w warunkach radzieckich lat 20. tak realistyczni, jak festiwal duchów – tajemnicze zbrodnie i śledztwo à la Herkules Poirot. Nieoczekiwane zwroty akcji, demaskacje bohaterów – nikt nie jest tym, kim się na początku w sposób oczywisty wydaje. Dobre aktorstwo.

