Wilcze plemię dławi Sołżenicyna
Rosyjski patriotyzm jest nie do pogodzenia z antybolszewizmem. Naród Sołżenicyna odrzuca takie połączenie. Czyli że niejako zmarnował on swoje życie

Na nabrzeżu portu we Władywostoku od 2015 r. stoi pomnik Aleksandra Isajewicza Sołżenicyna. Dość oryginalny, noblista wygląda, jakby właśnie zszedł z pokładu statku i raźnym krokiem ruszał w Rosję. W zamyśle rzeźbiarza ma to znaczenie symboliczne – Władywostok był pierwszym dużym miastem, przez które przejechał pisarz, wracając z wygnania do Moskwy w 1994 r.
Ale już za dwa miesiące pomnika powinno w tym miejscu nie być. Bo władze miasta zdecydowały o przeniesieniu go z nabrzeża. Na wniosek marynarki wojennej, która podniosła, że Sołżenicyn nie był w żaden sposób z nią związany, a więc w porcie nie powinno być dla niego miejsca.
Cóż, choć Sołżenicyn to generalnie wielki pisarz, to jednak „wypaczył świadomość współczesnego Rosjanina” – jak ubolewa Zachar Prilepin, meganacjonalistyczny (narodowy bolszewik) pisarz (skądinąd bardzo dobry). „«Archipelag Gułag» – to ideologiczna broń, która wbija Rosjaninowi w mózg, że jego ojczyzna – to potwór”; „ci, którzy próbowali zniszczyć radzieckie społeczeństwo, bili w ludzką świadomość jego dziełami” – dodaje znany prowojenny bloger Jurij Podolaka.
A przecież książki Sołżenicyna – nadal! – są na liście rosyjskich lektur szkolnych. Zaś osiem lat temu, w 10. rocznicę śmierci, jego pomnik w Moskwie odsłonił Władimir Putin, który kilka miesięcy temu przyznał order „Za zasługi dla Ojczyzny” wdowie po pisarzu, Natalii.

