Azja szuka planu B
Gdy Donald Trump rozmawia w Pekinie z Xi Jinpingiem, zmartwieniem przywódców wielu państw Indo-Pacyfiku jest przede wszystkim uniezależnianie się od kapryśnej polityki obu głównych mocarstw

W stosunkach amerykańsko-chińskich mieliśmy ostatnio okres prężenia muskułów, robienia groźnych min, a nawet zadawania sobie wzajemnie ciosów. Te, co prawda, bolały i powodowały upływ krwi, ale jednak nie były w stanie zwalić przeciwnika z nóg. W sytuacji, którą można opisać starym porzekadłem „złapał Kozak Tatarzyna…”, naturalną opcją jest albo uruchomienie nowych narzędzi walki w celu uzyskania wyraźnej przewagi, albo deeskalacja pozwalająca przynajmniej na uporządkowanie szyków.
Samo spotkanie na szczycie, którego jesteśmy właśnie świadkami, pewnie jeszcze niczego w tej kwestii nie przesądzi. Owszem, da obu stronom szansę na uspokojenie bieżących relacji, uzyskanie pełniejszego obrazu stanowiska kontrpartnera i jego zamiarów, ale faktyczne decyzje strategiczne zostaną odłożone na nieco później. Nie ulega jednak wątpliwości, że zaostrzenie konfliktu dwóch najsilniejszych państw świata wcale nie jest jedynym możliwym scenariuszem, ba – prawdopodobnie nie jest nawet wariantem szczególnie pożądanym z punktu widzenia zarówno Waszyngtonu, jak i Pekinu.
Powrót do punktu wyjścia?
Chiny wciąż mają swoje nierozwiązane problemy wewnętrzne, od niezadowalającego tempa wzrostu przez kryzys i bankructwa na rynku nieruchomości, buksujące plany wzmocnienia popytu krajowego, ucieczkę najbardziej intratnych inwestycji zagranicznych na inne rynki azjatyckie aż po niepokojące rozmiary bezrobocia, zwłaszcza wśród młodych ludzi. W tych kwestiach niewiele się poprawiło od kilkunastu miesięcy, a agresywne konfrontacje handlowe z administracją Donalda Trumpa, choć skutecznie kontrowane przez Pekin, jednak dołożyły swoje. Podobnie jak amerykańsko-izraelskie uderzenie na Iran. Co prawda Chińczycy zawczasu zmodyfikowali swój miks energetyczny i zmniejszyli stopień uzależnienia od dostaw ropy i gazu, szczególnie tych z rejonu Zatoki Perskiej, a także zgromadzili porządne zapasy na czarną godzinę, ale to nie znaczy, że bliskowschodnia wojna nie wpływa w ogóle na ich interesy. Do tego mieliśmy tajemnicze przemeblowania wewnętrzne, w tym niedawną czystkę na kluczowych stanowiskach w armii, a to znak, że nie wszyscy z równym entuzjazmem podchodzą do linii „towarzysza cesarza”, jak bywa (złośliwie, ale celnie) nazywany Xi Jinping.

