Rodzina jest z Wenus, a biznes z Marsa
Rozmowa z dr Adrianną Lewandowską, założycielką i prezeską Instytutu Biznesu Rodzinnego, o niełatwej sztuce przekazywania odpowiedzialności w firmach rodzinnych.

Światowe statystyki wskazują, że zaledwie 30 proc. firm rodzinnych przejdzie proces sukcesji. Przyczyn tak niskiego wskaźnika jest wiele, ale najbardziej kluczowe jest to, że jedynie 8 proc. dorosłych dzieci chce przejąć firmę po rodzicach. Dlaczego tak się dzieje?
Dane rzeczywiście są niepokojące. Statystyki wskazują nie to, kto chce dostać firmę od rodziców, ale które z dorosłych dzieci chce przejąć odpowiedzialność za dalsze jej funkcjonowanie. Rzeczywiście w przypadku małych biznesów to tylko 8 proc. Trochę lepiej wygląda sytuacja w średnich i dużych firmach, gdzie co czwarte dziecko chętnie przejęłoby tę odpowiedzialność. To jest zrozumiałe, że skala biznesu wpływa na decyzje sukcesorów młodego pokolenia.
Pokolenie Z ma zupełnie inne podejście do wyzwań biznesowych niż ich rodzice.
To prawda, dzieci obserwowały ciężką pracę rodziców, często kosztem ich życia osobistego, rodzinnego i nie chcą tak funkcjonować. Dla nich kwestią kluczową jest zachowanie osobistego dobrostanu. Jeśli połączenie sukcesu biznesowego z wellbeingiem nie jest możliwe - nie chcą się zaangażować. W małych firmach, często funkcjonujących w branży tzw. starego pieniądza, potencjalni sukcesorzy nie są zainteresowani kontynuowaniem modelu biznesowego rodziców, bo według nich nie nadąża on za obecnymi zmianami. Jednak główną przyczyną niechęci dzieci do przejmowania odpowiedzialności za rodzinny biznes jest fakt, że z rodzicami po prostu trudno się pracuje. Różnice międzypokoleniowe w podejściu do strategii zarządzania, realizowania celów, stosunku do pracy, otoczenia biznesowego, pogłębiają się coraz bardziej. Do tego nakładają się kwestie relacji i emocji między członkami rodziny, które bywają zarzewiem trudnych do rozwiązania konfliktów. To rzeczywiście zawiłe kwestie.

