Chiny A i Chiny B
W chińskich metropoliach setki milionów wewnętrznych migrantów mają ograniczony dostęp do opieki medycznej, a ich dzieci do szkół. Władze nie palą się do zmian, aby nie rozdrażnić wielkomiejskiej klasy średniej

Życie w Chinach jest takie wygodne – zdanie to słyszy się często zarówno od miejscowych, jak i ludzi, którzy wrócili z dłuższego pobytu w Państwie Środka. Trudno się dziwić. Wszystko działa tam szybciej niż w Europie i zazwyczaj jest bardzo tanie. Produkty zamówione na platformie sprzedażowej Pinduoduo, pierwowzorze Temu, ale dla wewnętrznego rynku, docierają czasem w mniej niż pół godziny. Przejazd przez miasto taksówką Didi, najpopularniejszej aplikacji przejazdowej, kosztuje zwykle równowartość kilkunastu złotych, nawet jeśli kierowca w godzinach szczytu utknie w korku.
Skąd tak niskie ceny? Odpowiedź nie jest prosta. To m.in. kwestia efektu skali, zaciekłej konkurencji między firmami, tańszego paliwa i subsydiowanych elektryków. Ale być może najważniejszą rolę odgrywa rzesza pracowników świadczących usługi kurierskie dla mieszkańców.
– Praktycznie codziennie pracuję 12 godzin dziennie, odkąd przyjechałem do Pekinu pięć lat temu, z wyjątkiem kilkudniowych wyjazdów do domu w Święto Wiosny (chiński nowy rok, najważniejsze święto w Chinach – red.) – opowiada mi przez komunikator WeChat Xiao Wang, kurier pochodzący z prowincji Henan. Jak wielu migrantów zarobkowych mieszka na obrzeżach stolicy, gdzie czynsze są niższe. Nie ma pekińskiego meldunku, przez co jego dostęp do części świadczeń

