Powstanie za drzwiami
Wydaje się, że najtrudniej było wyjść z domu, zostawić bliskich. To nie zawsze prawda, bo większość powstańców Warszawy nie zdawała sobie sprawy z tego, na jaką walkę się decyduje


Latem 1944 r. w dziesiątkach tysięcy warszawskich mieszkań ludzie stawali przed drzwiami z pytaniem, czy iść do powstania. Ich bliscy z kolei myśleli, czy ich puścić, czy też próbować zatrzymać. I nagle jedni odkrywali, że przekroczenie progu rodzinnego domu nie zawsze jest łatwe, drudzy zaś, że nie ma nic gorszego niż idący w nieznane człowiek, którego się kocha.
Nie wolno się wahać!
Stanisław Rostworowski miał życiorys typowy dla polskiego inteligenta urodzonego pod koniec XIX w. Pochodził z arystokratycznej rodziny, studiował w Szwajcarii i Krakowie, pracował na uniwersytecie w Getyndze, gdy wybuchła wojna nazwana z czasem wielką, a po kolejnych dekadach I światową, włączył się w działania Legionów Polskich, a już po odzyskaniu niepodległości walczył również z bolszewikami. Nie należał do zwolenników Józefa Piłsudskiego, zdecydowanie bliżej było mu do Władysława Sikorskiego. Zgodny był jednak z Ziukiem w tym, że choć polskie powstania kończyły się niepowodzeniami, to pozwalały na zaczerpnięcie łyku powietrza przed dalszymi zmaganiami o wolność.
Wyraz tym przekonaniom dał w niewielkiej broszurze zatytułowanej „Polskie doświadczenia powstańcze”, opublikowanej w lutym 1944 r. w Warszawie przez Tajne Wojskowe Zakłady Wydawnicze, głównego wydawcę Polskiego Państwa Podziemnego, a rok później przedrukowanej przez Oddział Kultury i Prasy 2.Korpusu we Włoszech. Myśli formułowane przez Rostworowskiego miały więc dostęp do szerokiej jak na wojenne warunki grupy czytelników. Na nieco ponad 40 stronach głosił, że wśród czynników decydujących o powodzeniu insurekcji swoją rolę odgrywają poderwanie mas do walki oraz utrzymanie ich w dyscyplinie.


