Rewolucji nie będzie
Najpoważniejszy kandydat na nowego premiera Izraela w wielu kwestiach nie różni się od Binjamina Netanjahu. Nawet izraelska lewica mówi dziś przede wszystkim o bezpieczeństwie i wojnie

Jeśli przeciwnika nie da się pokonać tradycyjnymi metodami, trzeba mocno uderzyć w ludność i infrastrukturę cywilną, aby wywrzeć presję na wroga i zmusić go do ustępstw. Tak w dużym uproszczeniu można opisać logikę doktryny Dahiji, nazwanej tak od szyickiej dzielnicy na południowych przedmieściach Bejrutu. Doktryna, sformułowana w trakcie izraelskiej inwazji na Liban w 2006 r., zakładała odejście od zasady proporcjonalności w stosowaniu siły. Rozumowanie było proste: społeczeństwo stanowiące zaplecze dla Hezbollahu również musi ponieść konsekwencje wojny.
Izraelczycy kierują się nią do dziś, choć coraz częściej mówią o „doktrynie Gazy” – znacznie bardziej radykalnej i szerszej odsłonie, która wyłoniła się podczas ludobójstwa w Strefie Gazy. Wciąż dokładnie nie wiadomo, ilu Palestyńczyków zginęło tam z rąk Izraelczyków od października 2023 r. Według ostrożnych szacunków – przedstawianych m.in. przez Instytut Maxa Plancka – ofiar śmiertelnych było co najmniej 100 tys. Jeszcze większa liczba osób została ranna, a prawie całe terytorium zostało obrócone w ruinę.


